„Bo nigdy nie patrzyłaś na mnie ze wstydem”.
Julien lekko zmrużył oczy.
Madeleine kontynuowała:
„Patrzyłeś na mnie surowo, podejrzliwie, jakbyś chciał mnie odesłać z powrotem do wioski… ale nigdy ze wstydem. Nigdy nie dałeś mi odczuć, że jestem zbyt wymagająca. Nie moim ciałem. Nie moim głosem. Nie moją osobowością. Po prostu nie wiedziałeś, co ze mną zrobić”.
Zaśmiał się krótko.
„Wciąż nie wiem”.
„To się ucz. Bo nie mam zamiaru odchodzić”.
Potem Julien odstawił filiżankę, odwrócił się do niej i powiedział z powagą, która sprawiła, że jej pierś zadrżała:
„Nie chcę, żebyś odchodziła. Nigdy”.
Madeleine poczuła, jak gardło jej się zaciska.
„To już jest lepiej napisane niż »Poszukiwana żona«”.
„Nie umiałam napisać niczego innego”.
„To naucz się to poprawnie mówić, Julien Montclair”.
Spotkał się z nią wzrokiem.
I tym razem nie odwrócił wzroku.
„Zostań ze mną, Madeleine. Nie z potrzeby. Nie z przyzwyczajenia. Nie z litości. Zostań, bo ten dom przestał być pusty w dniu, w którym się pojawiłaś. Bo przywróciłaś mi hałas, ogień… i chęć pozostania tu przy życiu. Zostań, bo nie chcę już tylko przetrwać”.
Madeleine pozostała bez ruchu.
Całe życie wierzyła, że jeśli jakiś mężczyzna ją wybierze, zrobi to z połowicznym entuzjazmem, z rezygnacją, z „dobrze, dobrze”.
Ale Julien patrzył na nią jak na azyl.
Jak na swój dom.
A Madeleine, kobieta, którą zawsze nazywano za wysoką, za głośną, za trudną… w końcu zrozumiała coś, czego nikt jej nigdy nie uczył:
nie była zbędna.
Po prostu żyła otoczona ludźmi zbyt małymi, by ją należycie kochać.
Łzy napłynęły jej do oczu.
„Dobrze” – powiedziała, starając się panować nad głosem. – „Zostanę”.
Julien się uśmiechnął.
Tym razem to był prawdziwy uśmiech.