Julien zabarykadował drzwi, przez kilka sekund trzymał karabin wycelowany w ciemność, po czym w końcu opuścił broń.
Potem odwrócił się do niej.
Na rękawie miał krew.
„Jesteś ranny?” zapytała, gwałtownie wstając.
„To nie moje”.
Podeszła do niego i niezdarnymi dłońmi chwyciła go za ramię, żeby sprawdzić.
Tym razem się nie odsunął.
„Strzelano do nas przez ciebie” – powiedział cicho, z napięciem.
Madeleine uniosła głowę, wciąż drżąc.
„Przepraszam?”
„Krzyknęłaś przez okno”.
„I to dało ci czas na ruch”.
„O mało cię nie zabiło”.
„Ale mnie nie zabiło!”
„Bo cię złapałam!”
Oboje stali nieruchomo.
Twarzą w twarz.
Bez tchu.