Stojąc na progu domu, nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Walentyna Nikołajewna krzyczała tak głośno, że cała ulica musiała ją słyszeć. Jej słowa spadały na mnie niczym grad ciosów, gdy z trudem trzymałem torby z zakupami.
„Dość! Nie mogę dłużej milczeć!” – teściowa machnęła rękami, a jej oczy błyszczały. „Od samego początku byłam przeciwna twojemu małżeństwu! Co, myślałaś, że nie widzę, jak uwiodłaś mojego syna?”
Siergiej, mój mąż, stał między nami i spoglądał zdezorientowany to na mnie, to na moją matkę.
„Mamo, proszę cię, uspokój się” – próbował przekonać Walentynę Nikołajewną, ale ona zdawała się nie słyszeć.
„Co masz na myśli, mówiąc »uspokój się«? Zabrała cię ode mnie, zabrała trzysta kilometrów stąd! I po co? Żeby mieszkać w tym wraku?” Spojrzała z pogardą na nasz dom – mały, ale przytulny, z nowym dachem i świeżo pomalowanym płotem.
Wziąłem głęboki oddech, próbując opanować emocje. Moja teściowa przyjechała wczoraj wieczorem, bez zapowiedzi, autobusem z Pietrozawodska. „Chciała mi zrobić niespodziankę” – powiedziała. I zrobiła. Ale w tym zaskoczeniu nie było ani krzty radości.
Od wczesnego rana chodziła po domu, jakby wylądowała w slumsach. Marszczyła nos, dotykała mebli palcem, jakby sprawdzała, czy nie ma kurzu, i zaglądała do szaf. Nic nie umknęło jej przenikliwemu spojrzeniu. Potem oznajmiła, że chce porozmawiać z synem na osobności. Taktownie wycofałem się do sklepu, mając nadzieję, że napięcie opadnie do mojego powrotu. Niestety, okazało się wręcz przeciwnie.
„Czy kiedykolwiek pomyślałaś, Sieriożenko, że ona cię po prostu wykorzystuje?” – upierała się Walentyna Nikołajewna. „Masz wyższe wykształcenie, perspektywy, a kim ona jest? Bibliotekarką! Znalazła dla siebie żyłę złota!”
„Mamo!” Siergiej podniósł głos. „Natychmiast przestań! Nie masz prawa tak mówić o mojej żonie!”
„Tak!” – teściowa uparcie pokręciła głową. „Jestem matką i widzę, co się dzieje! Trzyma cię pod kontrolą, zmusiła do opuszczenia miasta, rzucenia dobrej pracy! Pokazałaś, że jesteś taka obiecująca!”
„Nikt nikogo nie oszukiwał” – w końcu odzyskałem głos. „Decyzja o przeprowadzce tutaj była wspólna. A tak przy okazji, to właśnie tutaj Siergiej znalazł pracę, którą kochał”.
„Brzmi dobrze!” – przedrzeźniła Walentyna Nikołajewna. „A jaki sens ma ta praca? Ile zarabiasz? Jak żyjesz? Pewnie ledwo wiążesz koniec z końcem!”
To było za dużo. Postawiłam torby na ganku i wyprostowałam się.
„Walentyno Nikołajewna, żyjemy całkiem wygodnie. Tak, nie jest luksusowo, ale mamy wystarczająco. A co najważniejsze, jesteśmy szczęśliwi.”
„Szczęśliwa!” – teściowa zacisnęła dłonie. „W tej norze? Nie rozśmieszaj mnie! Sierioża, kochanie, chodź ze mną do miasta. Rozmawiałam z Wiktorem Stiepanowiczem, jest gotów zabrać cię z powrotem do firmy. Gratuluję awansu! Zasługujesz na coś lepszego niż gnuśnieć na wsi z tym… tym…”
„Z moją żoną, mamo” – powiedział stanowczo Siergiej. „Ma na imię Natasza i ją kocham”.
„Miłość!” prychnęła Walentyna Nikołajewna. „Twoja miłość zniknie, kiedy zaczniesz tonąć w długach! Widzę, że jesteś spłukana! Pewnie wzięłaś kredyt hipoteczny na ten dom! A ona” – moja teściowa wskazała na mnie palcem – „tylko czeka, żeby cię całkowicie usidlić! Urodzi ci dzieci i koniec!”
Poczułam, jak rumienię się. Dzieci to dla Siergieja i mnie drażliwy temat. Bardzo chcieliśmy dziecka, ale jeszcze się nie doczekaliśmy. A słuchanie takich oskarżeń było szczególnie bolesne.
„Nie jesteś godzien mojego syna!” – krzyknęła moja teściowa, nieświadoma, że dom jest zarejestrowany na moje nazwisko. Tak, dokładnie tak było. Dom należał do mojej babci. Kiedy zmarła, zostawiając mi ten mały, ale solidny budynek i działkę, postanowiliśmy z Siergiejem przeprowadzić się tutaj z miasta. On znalazł pracę jako nauczyciel informatyki w miejscowej szkole, a ja dostałam pracę w bibliotece. Żadnych pożyczek, żadnego kredytu hipotecznego. Ale Walentyna Nikołajewna nie musiała o tym wiedzieć.
„Mamo, wystarczy!” – głos Siergieja nie był już tylko surowy, ale pełen gniewu. „Jeszcze jedno słowo i odwiozę cię na autobus. Natychmiast”.
Teściowa zamilkła, ale w jej oczach malował się upór. Najwyraźniej nie miała zamiaru ustąpić.
„Jeśli nie chcesz mnie słuchać, cóż, masz do tego prawo. Ale zapamiętaj moje słowa – ona doprowadzi cię do szaleństwa! Wyssie z ciebie wszystko, a potem cię rzuci!”
„Walentino Nikołajewna” – w końcu zdecydowałam się interweniować – „porozmawiajmy spokojnie. Rozumiem twoją troskę o syna. Ale uwierz mi, wszystko jest między nami w porządku. Kochamy się i…”