Podczas gdy goście śmiali się po drugiej stronie drzwi, ona szorowała tłuszcz, zmywała resztki sosu, słuchała brzęku szklanek i odbierała każdy dźwięk jako upokorzenie.
Muzyka sączyła się przez ściany.
Zapach wołowiny w cieście, czerwonego wina i drogich perfum mieszał się z zapachem płynu do mycia naczyń i gorącego oleju.
Claire pochyliła głowę.
Łza spadła do zlewu.
Potem druga.
Próbowała otrzeć twarz nadgarstkiem, ale rękaw miała przemoczony.
„Spójrz na to.”
Zza jej pleców dobiegł głos Madame de Montclair.
Claire zamarła.
Powoli się odwróciła.
Jej macocha stała w drzwiach kuchni z trzema przyjaciółkami. Eleganckie kobiety, obwieszone klejnotami, z kieliszkami w dłoniach i okrutnymi uśmiechami na ustach.
„Mówiłam, że to cię rozbawi” – powiedziała Madame de Montclair.
Jedna z kobiet zakryła usta dłonią.
„Boże, Marguerite… czy to żona Juliena?”
„Niestety” – odpowiedziała. „Ale przyznaj: wygląda jak służąca”.
Kobiety się roześmiały.
Claire poczuła, jak płonie jej twarz.
„Madame de Montclair, proszę…”
„Proszę, nic takiego”. Chcę, żeby moje przyjaciółki zobaczyły, jaką kobietę mój syn przywrócił do naszej rodziny.
Kolejna z gości skinęła głową.
„Co za strata. Julien miał taką świetlaną przyszłość”.
„Nadal tak uważa” – odpowiedziała Marguerite. „Kiedy zrozumie swój błąd, pozbędzie się jej”.
Claire ścisnęła gąbkę tak mocno, że piana kapała jej przez palce.
Mogła przemówić.
Mogła podać swoje imię i nazwisko.
Mogła powiedzieć, kim jest.
Jednym telefonem mogłaby sprawić, że cała kuchnia zadrży.
Ale nic nie powiedziała.
Bo obiecała sobie, że nigdy nie użyje swojego pochodzenia jako broni.
Bo chciała być kochana jako Claire.
Nie jako dziedziczka.
Nie jako tytuł.
Nie jako majątek.
Madame de Montclair podeszła bliżej.
„No to chodź”. Przynajmniej na coś się tu przydasz.
Jej przyjaciółki znów się roześmiały.
Claire wzięła głęboki oddech.
I wróciła do zlewu.
Każdy talerz wydawał się cięższy od poprzedniego.
Każdy śmiech był jak kamień przygniatający jej pierś.