Spojrzałem na Mayę. Stała przy rozległych mahoniowych schodach, z oczami utkwionymi w konkretnej żyle na marmurowej posadzce. Ściskała ciężką skórzaną torbę na pieluchy Leo, a jej drobna sylwetka lekko przechylała się na bok pod jej ciężarem. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy stała się „pomocna” i „cicha” – cechy, które nierozsądnie zapisałam w swojej mentalnej księdze jako udane przystosowanie się do roli starszej siostry.
„Jesteś taką wielką pomocą, Mayo” – powiedziałam, podchodząc, żeby potargać jej włosy.
Skrzywiła się. To był mikroekspres, ułamek sekundy, kiedy jej ciało cofnęło się pod moim dotykiem, zanim umysł ją dogonił i zmusił do pozostania w bezruchu. Powinnam była wtedy przestać. Powinnam była spojrzeć na jej ciemne, siniaki pod oczami albo na to, jak bielały jej kostki, gdy ściskała torbę. Ale moje myśli były już na tylnym siedzeniu Maybacha, kalkulując zysk przed opodatkowaniem, odsetkami i amortyzacją (EBITDA) z przejęcia wartego pięćset milionów dolarów.
„Przywiozę ci coś wyjątkowego z miasta, robaczku” – obiecałem, nieświadomy, że zostawiam ją w klatce.
Gdy ciężkie dębowe drzwi zamknęły się za mną, a opony mojego samochodu zgrzytnęły o żwir, azyl rozpłynął się. Uśmiech Isabelli nie tylko zgasł, ale wręcz zbladł. Odwróciła się do Mai, a jej głos stracił słodycz i nabrał ostrego brzmienia zardzewiałego ostrza.