Czytałem słowa, aż litery rozmyły się w atramentowe plamy. Zamrugałem mocno, patrząc na stół. Ojciec skinął mi głową, ledwo zauważalnie.
Złożyłem serwetkę, wsunąłem ją do kopertówki i zjadłem obiad z mechaniczną precyzją. Nie odzywałem się. Nie musiałem. Siedziałem po stronie dzieci, emanując cichą, przerażającą energią naładowanej broni.
O 20:45 wstałem, podziękowałem mamie za jej „miłą gościnność” i wyszedłem w mroźną listopadową noc.
Usiadłem za kierownicą samochodu, a światło w kabinie oświetlało serwetkę. Pięćdziesiąt jeden procent akcji z prawem głosu. To oznaczało, że jestem właścicielem firmy. To oznaczało, że mam absolutną większość. Dwa i trzy miliony dolarów. Dokładnie tyle, ile moja matka zbudowała wokół tego całą swoją emerytalną fantazję.
Mój telefon zawibrował w uchwycie na kubek. To był mój ojciec.
„Czytałeś to?” – zapytał cicho i chrapliwie.
„Dlaczego, tato?” – szlochałam, czując przypływ adrenaliny w żyłach. „Dlaczego trzymałeś to w tajemnicy przez dwa miesiące?”
„Bo potrzebowałem, żebyś usiadła przy tym stole” – odpowiedział tonem pozbawionym litości. „Chciałem, żebyś zobaczyła, do czego są zdolni. Gdybym ci po prostu powiedział, że to potwory, usprawiedliwiłabyś ich. Potrzebowałem, żebyś zobaczyła, jak cię z uśmiechem unicestwiają, żebyś wiedziała, że nie jesteś szalona”.
Wziął urywany oddech. „Użyj mocy, Alice. Napraw fundament, który rozwaliłem, albo spal cały dom na popiół. Twój wybór. Wesprę twoją grę”.
Rozłączyłam się. Dziesięć minut później sprawdziłam pocztę głosową. Była tam wiadomość od nieznanego numeru.
„Pani Jordan, to
To Russell Walsh, adwokat spadkowy twojego ojca. Czekałem na twój telefon. Wszystko, co twój ojciec zrobił na tym oddziale intensywnej terapii, jest prawnie niepodważalne. Spotkajmy się w poniedziałek rano. Mamy imperium do omówienia.
Zacisnąłem kierownicę, wpatrując się w ciemny parking. Moja matka oddała pierwszy strzał, ale nie miała pojęcia, że stoi na polu minowym.
Rozdział 4: Żelazny Arsenał