Nagle coś przecięło powietrze. Letni, tłusty hot dog uderzył w bok drzwi mojego samochodu, zostawiając na lakierze smugę musztardy. Tłum wył. Nawet dzieci z sąsiedztwa pokazywały mnie palcami i chichotały, uczone przez rodziców, by postrzegały mnie jako przestrogę przed pokoleniową porażką.
Stałem tam, a klucze wbijały mi się w dłoń tak głęboko, że myślałem, że zaraz popłyną mi krwią. Najdziwniejsze nie było okrucieństwo, lecz przekonanie. Każda osoba pod tym banerem szczerze wierzyła, że mówi prawdę. Tak często powtarzali mit o moim „pasożytnictwie”, że stał się on lokalną religią. Naprawdę wierzyli, że mój ojciec był męczennikiem, a ja pasożytem.
Nie sprzeciwiałem się. Nie krzyczałem. Nie dałem im satysfakcji ani jednej łzy. Wszedłem do domu, przeszedłem przez pralnię i złapałem ostatnie pudełko. Wychodząc, zatrzymałem się. Wyciągnąłem telefon i zrobiłem jedno ostre, wyraźne zdjęcie baneru z moim ojcem i wujkiem uśmiechającymi się pod nim jak myśliwi pozujący ze zdobyczą.
Richard zobaczył, że robię zdjęcie, uśmiechnął się złośliwie, poprawiając okulary przeciwsłoneczne. „No dalej, kochanie. Weź pamiątkę. To ostatnia rzecz, jaką dostaniesz od człowieka, który uratował ci życie”.
Odjechałem bez słowa. Nawet nie spojrzałam w lusterko wsteczne, gdy muzyka ucichła. Wiedziałam coś, czego oni nie wiedzieli. Wiedziałam, że ta „darmozjadka” właśnie zabrała ze sobą do samochodu cały swój dotychczasowy dorobek.
Rozdział 2: Niewidzialny architekt