Adriano nie odpowiedział. Dławiło go poczucie winy. Szarpnął małe drzwiczki budy, uklęknął w ogrodzie ich willi w Alphaville i ostrożnie wyciągnął ich oboje. Emma nie rozpłakała się od razu. Po prostu przytuliła Noaha, ubrudzonego błotem, z włosami przyklejonymi do czoła, wciąż ubranego w mundurek prywatnej szkoły, za którą Adriano tyle płacił, myśląc, że postępuje słusznie.
„Jak długo tu są?” zapytał, nawet nie patrząc na Cláudię. Jego żona poprawiła złotą bransoletkę, blada, udając obrażoną.
„Adriano, przyszedłeś bez zapowiedzi. Uczyłam ich granic. Rozpieszczone dziecko musi zrozumieć, co to znaczy konsekwencje”. Emma spuściła głowę.
„Od lunchu”. Była prawie 18:00. Znów zapadła ciężka cisza. Nawet labrador, zamknięty w pralni, przestał szczekać. Adriano poczuł, jak jego świat się wali: podróże służbowe do Rio, późne spotkania, uśmiechnięte filmiki, które Cláudia wysyłała mu z zapewnieniem, że „wszystko w porządku”, i poczucie winy, że odbudował swoje życie dwa lata po śmierci Clary.
„Klucz” – powiedział.
„Jaki klucz?” Emma wskazała na drzwiczki psiej budy. Za miską z jedzeniem wisiała mała kłódka.