Po prostu przytuliłam Anę, wzięłam Alexa za rękę i spojrzałam na Diego ostatni raz.
„Obiecuję ci, że od dziś dzieci i ja nie będziemy już przeszkodą w twoim nowym życiu”. Gdy jechałam w kierunku Barajas, oni pobiegli w stronę prywatnej kliniki, gdzie Alba miała USG. Cała rodzina Diego była już tam: jego mama, siostra, ciotki… szczęśliwe, dumne, traktujące macicę tak, jakby nazwisko rodowe zostało na niej wyryte jeszcze przed porodem.
I to mnie najbardziej zasmuciło.
Nie oszustwo.
Nie rozwód.
Ale z jaką łatwością chcieli wymazać osiem lat i zrobić z moich dzieci problem, jednocześnie świętując narodziny nowego „dziedzica”.
W samochodzie Alex zapytał mnie cicho:
„Mamo, czy tata nas odwiedzi?”
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
Po prostu spojrzałam jeszcze raz na kopertę. Bo czasami prawda nie przychodzi z krzykiem. Czasami przychodzi złożona w teczce, czekając na idealny moment.
Kilka minut później Javier, mój prawnik, wysłał mi jedną wiadomość:
„Już dotarli do kliniki”. Wyobraziłam sobie tę scenę niemal mimowolnie. Pokój VIP. Uśmiechnięta Alba. Diego trzymający ją za rękę. Jej rodzina obsypywała ją błogosławieństwami, prezentami i planami na dziecko, które jeszcze się nie urodziło.
Ale coś zaczęło się psuć, gdy tylko lekarz spojrzał na ekran.
Cisza w gabinecie USG nagle stała się ciężka, wręcz dusząca. Ginekolog zmarszczył brwi, przesuwając sondę po brzuchu Alby z uporem, który uciszył śmiech rodziny Diego. Sofía, która właśnie miała otworzyć butelkę szampana, zamarła. Diego, którego uśmiech wciąż był zamrożony arogancją zwycięstwa nad Cataliną, poczuł, jak kropla potu spływa mu po skroni.
„Jakiś problem?” – zapytała Alba drżącym głosem.