Powoli sięgnęłam po srebrną tacę trzymaną przez zamrożonego, szeroko otwartego kelnera stojącego obok i wzięłam kryształową szklankę z wodą gazowaną. Wziąłem powolny, rozważny łyk, pozwalając ciszy się przeciągać, pozwalając narastać ich panice.
Potem się uśmiechnąłem. To nie był ciepły uśmiech. To był uśmiech stalowej pułapki, która w końcu się zatrzasnęła.
„Nie radziłbym tego robić, Howard” – wyszeptałem, a mój głos opadł do niebezpiecznego, lodowatego tonu, który wyraźnie niósł się ponad cichą muzyką.
„A dlaczego?” – prychnął Howard, zaciskając dłonie w pięści. „Bo uciekniesz do brukowców? Myślisz, że kogokolwiek obchodzi, co ma spłukana, żądna pieniędzy wdowa?
Co mam powiedzieć?”
„Nie” – odpowiedziałem gładko. „Bo wyglądałoby to niewiarygodnie, wręcz druzgocąco źle dla ceny akcji firmy, gdybyś został publicznie przyłapany na brutalnym wyrzuceniu większościowego udziałowca z własnej gali charytatywnej”.
Howard zamarł. Krew natychmiast odpłynęła mu z twarzy, przez co wyglądał jak figura woskowa.
„Większość… co?” – wyjąkał Howard, a absolutna pewność w moim głosie zburzyła jego spokój. „Zwariowałeś?” Intercyza…
„Intercyza, którą zmusiłeś mnie podpisać, miała chronić majątek nabyty przed ślubem” – przerwał mi głęboki, autorytatywny głos.
Tłum rozstąpił się, gdy pan Vance, starszy wspólnik kancelarii, którą odwiedzałem od sześciu miesięcy, zrobił krok naprzód. Towarzyszyli mu dwaj inni prawnicy korporacyjni, niosący grube skórzane teczki.
Pan Vance nie spojrzał ani na Eleanor, ani na Chloe. Podszedł prosto do Howarda i wręczył mu w drżących dłoniach ciężki, prawnie opieczętowany dokument, ostemplowany jaskrawoczerwoną pieczęcią.