Dziesięć lat później. Odbieram telefon z nieznanego numeru. „Halo, panie Rajesh? Czy mógłby pan przyjść na otwarcie Galerii TPA przy MG Road w tę sobotę? Ktoś bardzo liczy na pana przybycie”. Już miałem się rozłączyć, ale następne zdanie zmroziło mnie do szpiku kości: „Nie chce pan wiedzieć, co się stało z Arjunem?”. Poczułem ucisk w piersi. Nie słyszałem tego imienia, Arjun, od dziesięciu lat. Zawahałem się. Potem odpowiedziałem neutralnym tonem: „Będę”. Galeria była nowoczesna i pełna ludzi.
Wszedłem, czując się dziwnie nie na miejscu. Płótna były imponujące: olej na płótnie, zimne, odległe, niepokojące. Przeczytałem nazwisko artysty: TPA. Te inicjały mnie ukłuły. „Dzień dobry, panie Rajesh”. Przede mną stał szczupły młody mężczyzna, skromnie ubrany; jego oczy były głębokie, nieprzeniknione. Zamarłem. To był Arjun. Kruche dziecko, które porzuciłem, zniknęło. Przede mną stał spokojny, utalentowany mężczyzna. Znajomy. A jednak tak odległy. „Ty…” – wyjąkałem. „Jak…?” Przerwał mi, jego głos był spokojny, ostry jak szkło: „Chciałem tylko, żebyś zobaczył, co zostawiła po sobie moja matka… I co ty porzuciłeś”. Zaprowadził mnie do płótna przykrytego czerwonym płótnem. „Nazywa się Matka ”.