Dym. Gorąco. Hałas.
A potem…
była moja mama.
„Camille! Gdzie jest sos sojowy? Ile razy mam pytać?!”.
Na sekundę zamknąłem oczy.
Moja mama nigdy nie zwracała się do mojej żony po imieniu.
Nigdy.
A teraz zwracała się do niej jak do służącej.
Podszedłem do ojca.
„Kim są ci ludzie?”
Wypił łyk herbaty ziołowej z niemal obraźliwym spokojem.
„Krewni. Pochodzili z prowincji”.
Poczułem dreszcz.
Nie mieliśmy takiej rodziny.
Ani jednej.
Ale nic nie powiedziałem.
Jeszcze nie.
Tego wieczoru, w dziewiątkę, jedliśmy kolację przy stole.
Camille… siedziała na małym stołku, z boku, przy wejściu do kuchni.
Na jej talerzu był tylko ryż i warzywa.
Nawet nie tknęła dania głównego.