„Aaron? Co się stało?”
Nie odpowiedział. Wpatrywał się w plecy naszego dziecka, w ślad, którego nie mogłam dostrzec z miejsca, w którym leżałam.
„Będę tuż za drzwiami, gdybyś mnie potrzebowała”.
„To niemożliwe” – powiedział, niemal zbyt cicho, żebym mogła go usłyszeć. „To niemożliwe, to niemożliwe”.
„Aaron”.
Pochylił się bliżej gondoli, jakby inny kąt mógł zniweczyć to, co widział. Jego szczęka drgnęła. Patrzyłam, jak próbuje z tym dyskutować, jak coś w jego oczach traci zapał.
„Rachel”. Jego głos był beznamiętny. „Czy możesz… czy możesz nas zostawić na chwilę?”
„Co mu jest?”
Rachel spojrzała na nas, nie spuszczając z siebie profesjonalnego uśmiechu. Zapięła suknię wprawnymi dłońmi.
„Oczywiście. Będę tuż za drzwiami, gdybyś mnie potrzebowała”.
Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Aaron się nie ruszył.
„Kochanie, przerażasz mnie” – powiedziałam.
id. „Co mu jest? Nic mu nie jest?”
„Prosiłaś go, żeby nam pomógł.”
Powoli odwrócił głowę w moją stronę. Jego oczy były wilgotne, ale nie tak jak dziesięć minut temu. Coś w nich stwardniało i odeszło.
„Michael.”
Mrugnęłam. „Co?”
„Michael” – powtórzył. „Przez te wszystkie miesiące pracowałem do późna. Był w domu. Z tobą.”
Nic z tego nie miało sensu.
Wpatrywałam się w niego.
„Bo prosiłaś go, żeby nam pomógł.”
Aaron spojrzał z powrotem na łóżeczko.
„Twój syn ma znamię, Eleno. Ten sam kształt. W tym samym miejscu.”
Przez chwilę się roześmiałam, bo myślałam, że żartuje, bo nic z tego nie miało sensu.
„Był z tobą sam na sam.”
„Aaron, o czym ty mówisz? To twój syn. Co Michael ma wspólnego z…”
„Nie”. Uniósł rękę. „Nie mów mi jego imienia, jakbyś nie wiedział”.
„Nie wiem” – powiedziałam. Głos mi się załamał.
„Był w domu. Co tydzień. Odbierał dziewczynki ze szkoły. Był sam z tobą”.
„Test DNA. Właśnie teraz”.
„Bo byłam w siódmym miesiącu ciąży, a ty pracowałeś po godzinach, Aaronie. Bo nam pomagał. Bo jest twoim najlepszym przyjacielem”.
„Nie”.
Cierpienie rozlało się po mojej piersi, nagłe i piekące – mleko wypłynęło w najmniej odpowiednim momencie, przesiąkając przez cienką szpitalną koszulę, tworząc dwa ciemne kręgi. Usiadłam zbyt gwałtownie, a szwy się szarpnęły, poczułam gorące, ostre szarpnięcie w głębi ciała. Wyciągnęłam rękę i złapałam go za nadgarstek.
„To zrób test” – powiedziałam. „Test DNA. Teraz. Dzisiaj. Nieważne, ile to będzie kosztować, nieważne, co będziesz musiał podpisać, zrób to”.
„Nie waż się nam tego robić”.
Odsunął rękę, jakbym go poparzyła.
„Nie potrzebuję testu, żeby wiedzieć, na co patrzę”.
„Aaron”.
„Zabierz dziecko do siostry, kiedy cię wypiszą. Zabierz je do Diany. Nie mogę. Nie mogę być w tym samym domu”.
„Aaron, proszę. Tylko na mnie spójrz”.
Byłam kłamczuchą.