Myślałam, że robię siostrze przysługę, opiekując się jej dziećmi przez godzinę. Kiedy w końcu 11 dni później pojawiła się u mnie z policją, zdałam sobie sprawę, że od samego początku byłam wrobiona.
Deszcz delikatnie stukał o kuchenne okno w piątkowe popołudnie i po raz pierwszy w całym tygodniu nie miałam nic w planach. W moim małym mieszkaniu pachniało tanią kawą i cytrynowym płynem do czyszczenia. Zapadłam się w kanapę z książką, którą zamierzałam skończyć od miesięcy.
Wtedy zawibrował mój telefon. Ruth.
O mało nie pozwoliłam mu się wyłączyć. Moja młodsza siostra dzwoniła tylko wtedy, gdy coś się paliło, a ja spędziłam 32 lata na gaszeniu tych pożarów.
„Alice, dzięki Bogu, że odebrałaś” – powiedziała Ruth, a jej słowa mieszały się ze sobą. „Możesz zaopiekować się Aby i Arthurem przez godzinę? Tylko godzinę. Mam coś do załatwienia w pobliżu”.
Powoli zamknęłam książkę. „Co takiego?”
„Tylko papierkowa robota. Nudne sprawy. Proszę.”
W jej głosie słychać było napięcie, którego nie potrafiłem określić. Nie do końca panika. Coś cichszego.
„Dobrze” – powiedziałem. „Przynieś je”.
„Jesteś wybawieniem. Dwadzieścia minut”.
Rozłączyła się, zanim zdążyłem zadać kolejne pytanie, co, patrząc z perspektywy czasu, było pierwszą rzeczą, która powinna mnie ostrzec.
Posprzątałem kanapę i nastawiłem czajnik. Bycie osobą godną zaufania to rola, którą odgrywałem odkąd miałem dziewięć lat, kiedy zacząłem przemycać zapomniane prace domowe Ruth do jej plecaka.
Dwadzieścia minut później Ruth była pod moimi drzwiami z dziećmi, ale nie weszła do środka.
„Cześć, ciociu Alice” – powiedział cicho Aby. Moja siedmioletnia siostrzenica ściskała fioletowy plecak przy piersi jak tarczę.
Arthur, czteroletni i niczego nieświadomy, owinął się wokół mojej nogi. „Ciociu Alice, masz sok?”
„Mam sok, kolego. Idź poszukaj kanapy”.
Wparował do środka. Aby została na ganku, obserwując matkę.
Przyjrzałam się uważnie Ruth. Miała na sobie więcej makijażu niż zwykle, a jej oczy były pod nim obwiedzione różem. Miała jeden plecak dla obojga dzieci. Jeden.
„Tylko godzinkę?” zapytałam.
„Może trochę więcej. Wyślę ci SMS-a.”
„Ruth. Wszystko w porządku?”
„Wszystko w porządku.” Nie patrzyła mi w oczy. „Wiesz, jak jest.”
Wiem, jak jest. W tym tkwił problem.
Uklękła przed Aby i przytuliła ją mocno, co trwało o kilka sekund za długo. Zobaczyłam, jak jej usta poruszają się przy uchu mojej siostrzenicy, choć nie mogłam dosłyszeć słów. Aby skinęła głową raz, bardzo nieznacznie.
„Bądź grzeczna dla cioci Alice, dobrze?”
„Dobrze, mamusiu.”
Ruth wstała i strzepnęła coś niewidzialnego ze swoich dżinsów. „Dziękuję, Alice. Naprawdę.”
„Chcesz wejść na chwilę? Właśnie zrobiłam kawę”.
„Nie mogę. Wrócę, zanim się obejrzysz”.
Odwróciła się i szybko podeszła do samochodu, kluczyki miała już w dłoni. Stałam w drzwiach z Aby obok mnie, machając, gdy Ruth wyjeżdżała z miejsca parkingowego.
Nie obejrzała się.
„Chodź, mała” – powiedziałam, prowadząc Aby do środka. „Zajmiemy się tobą”.
Aby spojrzała na mnie z miną, której nie potrafiłam odczytać, po czym bez słowa poszła za bratem na kanapę. Zamknęłam za nami drzwi, nieświadoma, że właśnie patrzyłam, jak moja siostra znika.
Godzina zmieniła się w dwie. Dwie w pięć. Zanim za moim oknem zapaliły się latarnie, dzwoniłam do Ruth jedenaście razy.
Każdy telefon trafiał na pocztę głosową; jej skrzynka zapełniała się mniej więcej pod numerem siódmym.
Aby siedziała po turecku na moim dywanie, starannie rysując małe kółka na odwrocie koperty. Arthur skulił się przy jej boku, już na wpół śpiący, z kciukiem wędrującym do ust.
„Ciociu Alice?”
Głos Aby był cichy. Nie podniosła wzroku znad rysunku.
„Tak, kochanie?”
„Mamusia ma kłopoty?”
Zmusiłam się do spokojnego wyrazu twarzy. „Nie, kochanie. Po prostu się spóźnia. Wiesz, jaka ona jest.”
Aby powoli skinęła głową, jakby próbowała uwierzyć mi za nas oboje.