Przez pierwsze czterdzieści osiem godzin egzystowałem w stanie zawieszenia. Ledwo spałem, drzemiąc na potwornie niewygodnym plastikowym krześle. Rano nerwowo goniłem pielęgniarki, żeby się czegoś dowiedzieć, po południu tonąłem w morzu formularzy ubezpieczeniowych, a wieczorami siedziałem bez ruchu przy łóżku Marka. Po prostu obserwowałem, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada, modląc się, żeby otworzył oczy i opowiedział jeden ze swoich okropnych, przewidywalnych ojcowskich żartów, żebym w końcu mógł sobie przypomnieć, jak się oddycha.
To właśnie podczas jednego z tych długich, boleśnie cichych wieczorów, gdy Mark pogrążony był w głębokim śnie wywołanym farmakologicznie, naprawdę dostrzegłem kobietę w sąsiednim łóżku.
Sala szpitalna była półprywatną, podwójną, oddzieloną jedynie cienką, wyblakłą, kwiecistą zasłoną, odsuniętą do połowy. Wyglądała na kogoś po siedemdziesiątce, może nawet na początku osiemdziesiątki. Jej srebrne włosy były starannie uczesane, zaczesane za uszy i nawet w nudnej, za dużej szpitalnej koszuli emanowała cichą, niezaprzeczalną godnością.
Zerknąłem na tablicę suchościeralną u stóp jej łóżka. Evelyn Reed.