Sierpień to w mieście wyjątkowy okres. Upał nie jest tak dokuczliwy jak w lipcu, ale ospały i leniwy. Trolejbus jechał powoli, ludzi było mało, a Katia siedziała przy oknie, patrząc na ulicę i rozmyślając. Nie o Dimie. O projekcie, o którym wspominał Artem. O dodatkowych godzinach jesienią. O tym, jak firma architektoniczna od dawna oferowała jej możliwość zarządzania własnymi klientami – wciąż to odkładała, myśląc: teraz nie czas, zajmiemy się tym, potem tamtym.
Nie chciała tego dłużej odkładać.
Firma mieściła się na czwartym piętrze starej kamienicy w centrum miasta – wysokie sufity, duże okna, nieustanny zapach kawy i papieru. Katia uwielbiała to miejsce. Była sobą – nie czyjąś żoną, nie ledwo tolerowaną synową, ale po prostu zaufaną profesjonalistką.
Artem już tam był – niski, z rudymi włosami, zawsze w pogniecionej koszuli. Dobry człowiek, trochę wybredny.
„Poważny klient” – powiedział natychmiast, bez wstępów. „Prywatny dom za miastem. Duża działka, chcą czegoś nietypowego. Mają pieniądze, to pewne. Ale…” – zawahał się lekko. „Jest dwóch wspólników. Zamawiają razem, ale chyba nie dogadują się najlepiej. Więc bądźcie przygotowani”.
„Co dokładnie?” – zapytała Katia.
„Będą walczyć o kontrolę”.
Skinęła głową. Wiedziała, jak pracować z ludźmi, którzy nie mogli się w niczym zgodzić. Przez cztery lata w zawodzie widziała najróżniejsze rzeczy.
Klienci przyjechali w środę.
Było ich dwóch. Pierwszym był Giennadij Olegowicz, około pięćdziesiątki, krępy, o ciężkim spojrzeniu człowieka przyzwyczajonego do tego, by go słuchano. Miał na sobie drogą marynarkę, duży zegarek i mówił powoli, poważnie, robiąc pauzy, jakby każde słowo kosztowało fortunę. Drugim był Eduard, młodszy, około czterdziestki, szczupły, w jasnej koszuli. Na pierwszy rzut oka wydawał się sympatyczniejszy. Na drugi rzut oka – już nie.
Eduard uśmiechał się łatwo i często, ale jego uśmiech nie sięgał oczu. Uśmiech, jaki mają ludzie, którzy dawno nauczyli się robić dobre wrażenie – i robią to automatycznie, bez namysłu.
„Więc będziesz kierować naszym projektem” – powiedział Giennadij Olegowicz, patrząc na Katię z zawodową bezczelnością. „Wyglądasz młodo”.
„To nie przeszkodzi mi w pracy” – odpowiedziała spokojnie.
Eduard uśmiechnął się blado – czy z aprobatą, czy kpiąco, nie było jasne.
Omówili projekt. Dom, działka, koncepcja – wszystko brzmiało interesująco. Katia słuchała, robiła notatki, zadawała pytania. Ale zauważyła też: za każdym razem, gdy jedno z nich się odzywało, drugie niemal niezauważalnie się wzdrygało. Giennadij Olegowicz pragnął solidności, kamienia, ciężkiej architektury – takiej, która przetrwa wieki. Eduard pragnął szkła, otwartych przestrzeni, czegoś nowoczesnego – czegoś, co oddycha.
Dwoje ludzi, jeden projekt, sprzeczne pragnienia. I oboje patrzyli na Katię, jakby to ona miała rozwiązać ich wewnętrzny spór.
Interesujące, pomyślała. I wymagające.
Ale na pewno nie będzie nudno.
Po spotkaniu poszła na spacer – nawyk, który pomagał jej myśleć. Przeszła przecznicę, zatrzymała się w małej kawiarni, kupiła wodę i usiadła przy oknie.
Jej telefon zawibrował. Dima.
„Kiedy będziesz dzisiaj?”
„Prawdopodobnie koło siódmej. Dlaczego?”
„Mama idzie. Chce porozmawiać. Z tobą i ze mną”.
Katia wyjrzała przez okno. Ulicą szła kobieta z psem, małym, dziwnie wyglądającym, ciągnącym na smyczy w stronę gołębia. Gołąb nie odleciał – stał tam, obserwując z godnością.
„Dobrze” – powiedziała. „Będę”.
Nina Siemionowna siedziała w salonie, jakby to było jej własne mieszkanie. Miała wyprostowane plecy, ręce złożone na kolanach, a jej wzrok był spokojny i bardzo uważny. Dima siedział obok niej, lekko zgarbiony, jak zawsze w obecności matki, wyglądając na nieco niezręcznego, ale nie do końca wiedzącego dlaczego.
I jeszcze jedna osoba, której Katia się nie spodziewała.
„To Swietłana Markowna” – powiedziała Nina Siemionowna tonem, który nie znosił pytań. „To psycholog rodzinny. Uznaliśmy, że potrzebujesz profesjonalnej pomocy”.
Swietłana Markowna miała około sześćdziesięciu lat, była ubrana w beżowy garnitur, z notesem na kolanach. Jej uśmiech był delikatny, profesjonalny i wyćwiczony. Taki sam jak uśmiech Eduarda dziś rano – piękny na zewnątrz, pusty w środku.
„Katio, wszyscy tu jesteśmy, bo się martwimy” – zaczęła głosem osoby przyzwyczajonej do rozmów z ludźmi, którzy się opierają. „Dima mówi, że ostatnio jesteś bardzo wycofana. To się zdarza. Da się to przepracować”.
Katia usiadła. Spokojnie. Spojrzała na Dimę – nie spojrzał jej w oczy.
„Dima ci to powiedział?” – wyjaśniła.
„Wszyscy to widzieliśmy” – wtrąciła delikatnie Nina Siemionowna.
Rozumiem. A więc psycholog to kolejny krok w planie. Nie tylko stworzenie niewygodnych warunków, ale także uzyskanie oficjalnego potwierdzenia, że Katia jest osobą problematyczną. Sprytnie. Należy jej się uznanie.
Swietłana Markowna coś mówiła – o dialogu, o akceptacji, o tym, jak ważna jest praca nad sobą. Katia słuchała. Kiwała głową w odpowiednich miejscach. Na zewnątrz była w pełni uważna i chętna do współpracy.
W środku licznik chodził cicho.
Dima spojrzał na podłogę. Nina Siemionowna
— na Katię. A w spojrzeniu teściowej było coś na kształt oczekiwania — prawie niedostrzegalnego, prawie ukrytego.
Prawie.
Kiedy goście w końcu wyszli, Katia długo stała na balkonie. August pachniał rozgrzanym przez dzień miastem, a gdzieś w oddali dudniła muzyka.
Wyjęła telefon. Znalazła wiadomość od Leny.
Czy to kawalerka jest jeszcze wolna?
Odpowiedź przyszła minutę później.
Wolne. Mam ci pokazać?
Katia wpatrywała się w ekran. Potem napisała:
Tak. Jutro po szóstej.
Schowała telefon. Wróciła do pokoju. Dima leżał na kanapie z telefonem, już w swoim zwykłym wieczornym trybie — odizolowany, zdystansowany, jak zawsze po wizycie mamy.
„Miło nam się rozmawiało” — powiedział, nie patrząc na nią.
„Było dobrze” — zgodziła się Katia.
I uśmiechnęła się. Cicho, do siebie.
Jednopokojowe mieszkanie okazało się lepsze, niż Katia się spodziewała.
Lena odwiozła ją tam następnego dnia, punktualnie o szóstej. Mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze, z widokiem na dziedziniec – ciche miejsce z dużymi lipami, które dawały cień niemal do południa. Świeżo pomalowane ściany, jasne podłogi, mała, ale dobrze zaprojektowana kuchnia. Nie luksusowa. Ale czysta, spokojna i co najważniejsze – cicha.
„No i co?” Lena spojrzała na nią z progu.
Katia chodziła po pokoju. Zatrzymała się przy oknie. Na dziedzińcu starszy mężczyzna karmił gołębie – metodycznie, z nawykiem, jakby robił to codziennie. Co prawdopodobnie było prawdą.
„Wezmę to” – powiedziała.
Lena odetchnęła – wyglądała na zmartwioną.