„Katio, chciałam zapytać…”
„Nie ma potrzeby” – Katia delikatnie ją powstrzymała. „Wszystko w porządku. Naprawdę.”
Przez kolejne dwa tygodnie żyła w dwóch trybach jednocześnie.
Dzień – praca. Projekt z Giennadijem Olegowiczem i Eduardem rozwijał się dokładnie tak, jak przewidział Artem. Każde spotkanie było niewypowiedzianą walką o przetrwanie. Giennadij Olegowicz przynosił poprawki, a Eduard natychmiast proponował coś przeciwnego. Obaj patrzyli na Katię – kto wygra?
Nie opowiadała się po żadnej ze stron. Zaproponowała koncepcję, w której oba pomysły współistniały, nie w opozycji, lecz razem – ciężki cokół, solidne konstrukcje nośne, a nad nimi lekkie szkło drugiego piętra, otwarte tarasy. Ziemia i powietrze. Ciężar i światło.
Giennadij Olegowicz długo patrzył na rysunek. W końcu powiedział:
„Nieoczekiwane”.
„Ale działa” – dodał Eduard. I po raz pierwszy w czasie wszystkich spotkań jego uśmiech był szczery.
Projekt został zatwierdzony. Katia wyszła z biura i spędziła pierwsze pół przecznicy po prostu się uśmiechając – głupkowato, szeroko, zupełnie nieświadoma przechodniów.
Wieczorami było inaczej.
Pakowała swoje rzeczy stopniowo, bez pośpiechu. Wzięła to, co zdecydowanie należało do niej – książki, teczki z materiałami do pracy, ulubiony kubek, koc. Wkładała je do toreb, a torby chowała do szafy. Dima nie zwracał na to uwagi – ostatnio prawie nic nie zauważał wokół siebie. Wracał z pracy, jadł obiad i włączał telefon. Czasami dzwoniła matka, a on szedł do sypialni, rozmawiając cicho. Wychodził z niej nieco bardziej zdystansowany niż wcześniej.
Katia nie pytała. Nie dlatego, że nie chciała – po prostu wiedziała: znała już odpowiedź.
Nina Siemionowna pojawiła się w piątek – niespodziewanie, bez zapowiedzi. Zadzwoniła do drzwi o wpół do siódmej, kiedy Katia właśnie wróciła do domu.
„Przechodziłam” – powiedziała od progu, mimo że mieszkała po drugiej stronie miasta i nie mogła przechodzić.
Weszła. Rozejrzała się dookoła – szybko, bystro, jak zawsze. Coś wyczuła – Katia dostrzegła to w ledwo dostrzegalnym napięciu w jej spojrzeniu. Ale nic konkretnego. Torby były w szafie, w mieszkaniu panował porządek, wszystko było na swoim miejscu.
Dima powitał matkę z typową dla siebie dziecięcą spontanicznością – pokrzątał się, nastawił czajnik i zaciągnął ją do pokoju, żeby pokazać jej coś w telefonie. Nina Siemionowna zatrzymała się na chwilę w korytarzu, patrząc na Katię.
„Zmęczona?” – zapytała, pozornie współczująco.
„Wszystko w porządku” – odpowiedziała Katia. „Mnóstwo pracy. Ciekawy projekt”.
Teściowa skinęła głową. Coś w jej spojrzeniu mówiło, że szuka pretekstu. Czeka na odpowiedni moment. Potrzebowała sceny, skandalu, łez – czegoś, do czego mogłaby później wrócić. Widzisz, Dima, ona jest niestabilna. Widzisz, jak się zachowuje.
Katia nie miała zamiaru dawać jej tej szansy.
Swietłana Markowna zadzwoniła do siebie – w sobotę rano.
„Katio, chciałam ci zaproponować prywatną sesję. Bez Dimy. Tylko po to, żeby porozmawiać”.
Jej głos – wciąż miękki, otulający. Profesjonalny instrument.
Katia zastanowiła się przez chwilę.
„Swietłano Markowna, powiedz mi szczerze – kto ci płaci?”
Pauza. Krótka, ale bardzo wymowna.
„To poufne informacje…”
„Rozumiem” – powiedziała Katia. „Dziękuję, nie ma potrzeby”.
Schowała telefon. Sięgnęła po kawę i wyszła na balkon. Sierpień dobiegał końca – czuć to było w powietrzu, w innym zapachu lip wieczorem, w tym, jak wcześnie zapadał zmrok. Lato odchodziło bez żalu, spokojnie, jakby zrobiło wszystko, co do niego należało.
Katia czuła coś podobnego.
Wyjechała w niedzielę.
Nie rano – po południu. Dima poszedł do mamy – zaprosiła go na obiad, jak zwykle. Katia pomogła mu się przygotować i zamknęła za nim drzwi. Stała chwilę w ciszy mieszkania. Potem zaczęła wynosić torby.
Były ich cztery. Lena przyjechała samochodem i pomogła je załadować. Nie mówiła nic zbędnego – po prostu była i to wystarczyło.
W nowym miejscu Katia szybko uporządkowała swoje rzeczy – nie było ich wiele. Książki na półce, kubek w kuchni, koc na kanapie. Otworzyła okno – lipy szumiały na podwórku, a staruszek z…
Nowa metodycznie i spokojnie karmiła gołębie.
Napisała do Dimy wiadomość. Krótko, bez dwudziestu stron wyjaśnień czy oskarżeń – po prostu: Wychodzę. Odbiorę swoje rzeczy później. Porozmawiamy, jak będziesz gotowy.
Odłożyła telefon ekranem do dołu.
Dima oddzwonił po dwóch godzinach. Jego głos był zmieszany, wręcz urażony – jak u dziecka, które nie rozumie, co się stało.
„Katio, zaczekaj. Możemy… Porozmawiajmy. Dlaczego to robisz?”
„Dima, porozmawiamy. Napisałam. Tylko nie dzisiaj”.
„Ale…” Zamilkł. Potem: „Mama mówi, że zawsze byłeś…”
„Przestań” – powiedziała spokojnie Katia. „Dzwoń do mnie sama. Kiedy będziesz chciała porozmawiać, ty. Nie mama”.
Nie wiedziała, czy miał taką możliwość – mówić za siebie, bez podpowiedzi. Może miał. Może nie. To był jego wybór.
W poniedziałek dotarła do biura przed wszystkimi.
Rozłożyła rysunki do nowego projektu, włączyła ekspres do kawy i otworzyła okno. Miasto budziło się – powoli, jak w sierpniu. Słońce dopiero zaczynało nabierać mocy.
Artem zajrzał przez drzwi, zobaczył ją i zdziwił się:
„Dlaczego jesteś tak wcześnie?”
„Dużo pracy” – powiedziała. „Dobra robota”.
Skinął głową i wyszedł. Katia spojrzała na rysunek – ten sam, z ciężką podstawą i lekkim szkłem na górze. Ziemia i powietrze. Ciężar i światło.
Chwyciła ołówek.
I zaczęła.
Wrzesień nadszedł niespodziewanie – w ciągu jednego dnia po prostu poczuła się inaczej. Nie zimniej, nie – powietrze po prostu się zmieniło, stało się czystsze, a miasto zdawało się oddychać po długim, napiętym lecie.
Katia zauważyła to rano, idąc do pracy.
I zdała sobie sprawę, że od dawna nie liczyła dni.
Dima zadzwonił trzy tygodnie później – sam, bez matki za plecami. Mówił niezręcznie, robiąc pauzy, jak ktoś, kto próbuje coś powiedzieć własnymi słowami po raz pierwszy.
„Nie rozumiałem” – powiedział w końcu. „Nie rozumiałem wielu rzeczy”.
„Wiem” – odparła Katia.
„Czy da się to naprawić?”
Zatrzymała się. Szczerze mówiąc, pomyślała – nie dla niego, ale dla siebie.
„Nie wiem, Dima. Jeszcze nie wiem”.
Nie naciskał. Pożegnał się cicho. Katia schowała telefon i długo patrzyła przez okno – na podwórko, lipy, gołębie w dole.
Nie było w niej bólu. Ani triumfu – po prostu cisza i spokój, jak po długiej jeździe samochodem, kiedy w końcu się usiądzie.
Nina Siemionowna zadzwoniła raz.
Jej głos – wciąż spokojny, opanowany.
„Czy zdajesz sobie sprawę, że zrujnowałaś swoją rodzinę?”
„Żegnaj, Nino Siemionowno” – odpowiedziała Katia.
I się rozłączyła. Bez złości. Bez drżenia rąk. Po prostu – zamknęła drzwi.
Projekt został dostarczony na czas. Giennadij Olegowicz uścisnął mu dłoń – stanowczo, szczerze. Eduard powiedział: „Chcemy kontynuować. Wciąż są projekty”. Katia zapisała to, skinęła głową i obiecała się zastanowić.
Nie musiała się długo zastanawiać.
Tego wieczoru otworzyła aplikację bankową. Spojrzała na saldo swojej drugiej karty – tej samej, którą otworzyła bez żadnego planu trzy miesiące temu, w upalny lipcowy dzień.
Cicho się zaśmiała.
Czasami najważniejsze decyzje podejmuje się nawet nie zdając sobie z tego sprawy.