Rozmowa nagrała całkiem sporo: wejście, rozkazy, poszukiwanie dokumentów, groźbę, głos Juliena.
Znaleźli też klucz w czerwonej torbie Camille.
I coś jeszcze.
W mojej szafie, za luźną deską, znajdowało się małe urządzenie podłączone do przenośnego głośnika.
Głośnomówiącego.
Znalazł nagrania.
Kobiecy krzyk.
Mój własny głos, wycięty ze starych wiadomości głosowych.
Zdania, które wysyłałam Julienowi, kiedy się kłóciliśmy:
„Proszę, nie rób mi tego”.
„Przerażasz mnie”.
„Wypuść mnie”.
Poskładali to razem, żeby wyglądało, jakby kobieta cierpiała w moim domu w ciągu dnia.
Pani Garnier przeżegnała się, chociaż zawsze powtarzała, że nie jest religijna.
„Wiedziałam”, mruknęła. „To nie były duchy”.
Siedziałem w salonie z kocem na ramionach, podczas gdy policjanci sprawdzali każdy pokój.
Dom, który trzymał jak grobowiec, wypełniony rękawiczkami, woreczkami na dowody i migającymi światłami.
W łazience znaleźli kamerę ukrytą w otworze wentylacyjnym.
W biurze, zdalnie podłączone urządzenie.
W kuchni, biały kubek Juliena ze świeżymi plamami.
Nie wrócił z martwych tego ranka.
Przychodził do mojego domu od miesięcy.
Może nawet dłużej.
Camille siedziała na chodniku, skuta kajdankami, ze spuszczoną głową. Kiedy policjant zapytał ją, gdzie jest Julien, najpierw się roześmiała. Potem się rozpłakała. Potem,
Poprosiła o adwokata.
Posterunek nie potraktował mnie tak, jak w serialach.
Przyjęli mnie filiżanką letniej kawy, twardym krzesłem i tymi samymi pytaniami powtarzanymi do znudzenia.
Zostałam tam z panią Garnier jako świadek, z nagraniami, kluczem, zdjęciami ukrytych urządzeń i gniewem, który nie pozwalał mi się załamać.
„Pani mąż zmarł dwa lata temu?”
„Tak mi powiedziano”.
„Widziała pani ciało?”
Przełknęłam ślinę.
„Jego twarz. Bardzo skąpa. Była mocno oszpecona. Powiedziano mi, że najlepiej nie szukać dalej”.
„Kto przeprowadził oficjalną identyfikację?”
Ścisnęło mnie w gardle.
„Jego brat. Olivier”.
„Olivier”.
„Mój szwagier”.
Mężczyzna, który trzymał mnie w ramionach w domu pogrzebowym.
Człowiek, który zadbał o to, żeby „oszczędzić mi tego”.
Człowiek, który nalegał, żeby trumna pozostała zamknięta, bo Julien „nie chciałby, żebym zachował ten jego wizerunek”.
Tego samego wieczoru pojechali po niego.
Znaleźli go w agencji ubezpieczeniowej niedaleko Montparnasse, w granatowym garniturze, okularach w cienkich oprawkach i z jego typowym łagodnym głosem.
Zaprzeczył wszystkiemu.
Dopóki nie odtworzyli mu nagrania Juliena.
Powiedzieli mi, że usiadł bez słowa, z twarzą odsączoną od krwi.
Mnie tam nie było.
Wysłali mnie, żebym przejrzał akta wypadku.
Wypadek na A6 rzeczywiście miał miejsce.
Samochód Juliena rzeczywiście spłonął.
Ale ciało nie było jego.
Należało do samotnego mężczyzny, pracownika tymczasowego, który czasami współpracował z nim przy przeglądach pojazdów uszkodzonych w wypadkach. Ciało zostało zidentyfikowane na podstawie dokumentów Juliena. Potwierdził to Olivier. Sprawa została szybko zamknięta.
Za szybko.