„Żyją” – powiedziała, biorąc mnie za rękę. „I tak już zostanie. Próbują ci je odebrać, ale nie bez walki”.
Wychodząc, wysłała ostatniego e-maila z napisem „Poufne”, załączając wszystkie udokumentowane nieprawidłowości. Gdzieś w mieście zaczął się tlić uśpiony od dawna mechanizm prawny.
Pukanie rozległo się tuż po północy. Ciche, ale zdecydowane.
„Tak?” wyszeptałam.
Drzwi się otworzyły. Do środka wszedł mężczyzna po czterdziestce. Był wysoki, ubrany w grafitowy płaszcz, który pachniał zimnym powietrzem i drogą wełną. Nie wyglądał na personel szpitalny; wyglądał jak ktoś, kto mieszka w salach sądowych.
„Nazywam się Ethan Cole” – powiedział cicho. „Jestem tu, bo poprosiła mnie o to dr Naomi Reed”.
„Czy coś jest nie tak z dziećmi?” Panika wybuchła natychmiast.
„Nie” – powiedział szybko Ethan, unosząc rękę. „Są stabilne. Nie chodzi o ich stan. Chodzi o twoje imię”.
Zmarszczyłam brwi. „Już znasz moje imię”.
„Tak” – odpowiedział, przysuwając metalowe krzesło bliżej łóżka. „Ale nie sądzę, żebyś wiedział, co to znaczy”.
Wybuchnęłam gorzkim, urywany śmiechem. „To znaczy, że zaufałam niewłaściwemu mężczyźnie”.
Ethan się nie uśmiechnął. Otworzył teczkę i wyjął z niej pojedynczą, zaklejoną kopertę, grubą i pożółkłą ze starości. „To znaczy Parker”.
Słowo zawisło w powietrzu. „Nazwisko panieńskie mojej matki” – powiedziałem powoli. „Dlaczego?”
„Ponieważ twoja babcia, Eleanor Parker Hale, zbudowała jeden z najbardziej prywatnych i ufortyfikowanych funduszy inwestycyjnych na Wschodnim Wybrzeżu. A ty jesteś wymieniony jako jej jedyny żyjący beneficjent”.
Wpatrywałem się w niego, a pewne wyczerpanie w końcu wpędziło mnie w stan delirium. „To niemożliwe. Moja babcia zmarła lata temu. Gdyby były pieniądze, ktoś by mi powiedział”.
„Próbowali” – powiedział łagodnie Ethan. „Ale fundusz był zablokowany przez spory sądowe. Spory rodzinne, skargi od dalekich kuzynów. Jest zamrożony od dwunastu lat”.
„Więc dlaczego teraz?”