To był gorzki żart, mechanizm obronny, mający wywołać uprzejmy uśmiech albo „skup się tylko na powrocie do zdrowia”.
Mark zamilkł. Patrzył na mnie przez długą, nieruchomą chwilę. Nie uśmiechnął się. Nie żartował.
„Dobrze” – powiedział.
„Serio?” – wyjąkałam.
„Dobrze” – powtórzył, składając prostą, uroczystą przysięgę.
Cliffhanger: Zanim zdążyłam zapytać, czy oszalał, nosze zaczęły się toczyć. Podwójne drzwi skrzydła chirurgicznego pochłonęły mnie, a ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam, był Mark Grant kiwający głową, jakbyśmy właśnie podpisali kontrakt krwawą śmietanką.
Rozdział 5: Zapach rosołu
Ciemność nadeszła jak śnieg – miękka, stłumiona i absolutna.
Obudziłam się z tępym, głębokim bólem brzucha, uczuciem, że moje własne ciało jest mi obce. Otworzyłam oczy i zobaczyłam pęknięcie w suficie w kształcie rzeki. Żyłam. Sama ogromność tej myśli sprawiła, że chciało mi się płakać. Wdech. Wydech. To był dobry ból. Ból żywych.
Pojawiła się Brenda Sanchez, jej twarz była maską autentycznej ulgi. „Wróciłaś, Jessico. Dr Herrera był bez zarzutu. Wszystko zostało usunięte. I” – przerwała, a jej głos zniżył się do szeptu – „twoje narządy rozrodcze zostały zachowane. Nadal możesz mieć dzieci, kochanie”.
Zamknęłam oczy, a ciepła fala ulgi spłynęła mi od piersi aż po palce u stóp.
Spojrzałam na sąsiednie łóżko. Marka przywieziono wcześniej. Wpatrywał się w szare listopadowe niebo, ale kiedy wjechał mój wózek, odwrócił głowę.
„Żyje?” zapytał.
„Żyje” odpowiedziałam.
„Dobrze” powiedział. W tym „dobrze” nie było nic z niczego. To było stwierdzenie faktu.
Przez kolejne trzy dni Mark stał się moją cichą kotwicą. Nie krążył. Nie okazywał tej mdłej troski, która czyni opiekunkę bohaterką tej historii. Po prostu był. Trzeciego dnia weszła pielęgniarka o imieniu Nicole – kobieta z błyszczącym manicure i głosem jak piła do metalu.
„Twój mąż dzwonił do recepcji” powiedziała, a jej wzrok był raczej oceniający niż życzliwy. „Powiedział, że zabiera resztę swoich rzeczy z mieszkania i że nie powinnaś próbować się z nim kontaktować”.