Po prostu skinęłam głową. „Dobrze”.
Mark odłożył książkę. „Znasz swojego męża” – stwierdził. To nie było pytanie.
Tego popołudnia Brenda przyszła na moje zastrzyki. Spojrzała na mnie, potem na Marka, a potem znowu na mnie konspiracyjnym szeptem. „Jessica, czy ty naprawdę wiesz, kto leży obok ciebie w łóżku?”
„Pan Grant” – powiedziałam.
„To Mark Grant” – syknęła Brenda. „Ten, który ma imperium nieruchomości komercyjnych w siedmiu stanach. Założyciel firmy technologicznej z Austin. Jest jednym z najbogatszych ludzi w regionie. Mógłby mieszkać w apartamencie w Nowym Jorku, ale jest tutaj, bo tylko dr Herrera jest osobą, której ufa”.
„Mówią tak też w Nowym Jorku, Brenda” – głos Marka dobiegł z okna, spokojny i oschły.
Pielęgniarka zarumieniła się i pospiesznie wyszła. Spojrzałam na Marka. Nie wyglądał na miliardera. Wyglądał jak człowiek, który czyta papierowe książki i umie milczeć.
„Czy to prawda?” zapytałam.
„To tylko informacja, Jessico. To nie zmieni bulionu.”
Cliffhanger: Wyszedł ze szpitala tego samego dnia, co ja. Nalegał, żeby mnie odwieźć do domu. Gdy podjechaliśmy pod mój pięciopiętrowy dom bez windy, zobaczyłam furgonetkę odjeżdżającą z krawężnika – Evan oficjalnie odszedł, a pustka mojego życia miała zostać obnażona.
Rozdział 4: Architektura pustego pokoju
Mieszkanie pachniało stęchlizną i prześladującą, kliniczną pustką. Mój wzrok natychmiast powędrował do salonu. Miejsce, w którym stał fotel Evana przypominający tron, było teraz oślepiającym, nagim prostokątem na dywanie. Lampa podłogowa zniknęła. Wieszak na ubrania był pusty, z wyjątkiem mojego samotnego trencza.
Mark wniósł moją torbę na trzy piętra schodów, ignorując moje protesty. Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i zmarszczył brwi.
„Idę po zakupy” – powiedział.
„Nie musisz tego robić, Mark. Też właśnie przeszedłeś operację”.
„Nie mogę podnieść więcej niż pięć funtów, ale na pewno mogę pchać wózek. To fakt medyczny, Jessico, a nie opinia. Musisz jeść”.
Wrócił czterdzieści minut później z torbami warzyw, kurczaka i owoców. Obserwowałam z kanapy, jak przechadzał się po mojej kuchni z cichą, wyćwiczoną sprawnością. Nie pytał, gdzie są garnki; sam je znalazł. Nie pytał o instrukcje; ugotował rosół z kurczaka, który wypełnił całe mieszkanie ciepłym, żywym aromatem.
Siedziałam tam, patrząc, jak miesza w garnku, i zdałam sobie sprawę, że po moim policzku spływa łza. Nie z powodu Evana. Nie z powodu rozwodu. Ale dlatego, że mężczyzna, którego ledwo znałam, gotował mi zupę.
„Dlaczego to robisz?” – zapytałam.