Podałam imię córki w recepcji.
Pielęgniarka spojrzała na mnie… a potem uśmiechnęła się inaczej.
„Och, oczywiście. Proszę wejść. Oczekujemy pani”.
Oczekujemy pani. Poczułam dziwny rodzaj nerwowości, jak wtedy, gdy coś nie pasuje, ale nie wiadomo dlaczego.
Prowadzono mnie korytarzami, których nigdy wcześniej nie widziałam. Białe ściany, jasne światła, drzwi otwierane na kartę. Wszystko pachniało czystością… ważne.
Dopóki nie dotarliśmy do dużego, przeszklonego pokoju.
W środku kilku lekarzy, wszyscy w maskach, skupionych.
„Możesz tu poczekać” – powiedzieli mi.
Nadal stałam, ściskając torbę, jak zawsze na ulicy.
Wtedy ją zobaczyłam.
Waleria.
W fartuchu, czepku, rękawiczkach… mówiąca pewnym głosem, wskazująca na coś na ekranie. Inni jej słuchali.
Słuchali.
Zmarszczyłam brwi.