Ty wyszłaś pierwsza.
Na szczycie schodów. Na końcu korytarza. W twoim pokoju.
W twoim pokoju. To zdanie wydało mu się absurdalne.
Daniel podążył za tobą minutę później, tym razem wolniej, jakby każdy krok kosztował go życie. Wyjmowałaś walizkę z szafy, kiedy wszedł.
„Co robisz?”
„Dokładnie wiesz, co robię”.
„Proszę, nie wychodź dziś w nocy”.
Zaśmiałaś się raz, z niedowierzaniem. „Dziś w nocy? Danielu, byłam sama przez tysiąc nocy”.
Przerwał.
Dobrze, pomyślałaś.
Poczekaj, aż kalkulacje dotrą do ciebie.
Składałaś ubrania na chybił trafił, chwytając cokolwiek, co najmniej ważne, bo w tej chwili nic nie wydawało się możliwe do uporządkowania poza ruchem. Stał przy komodzie, z rękami bezwładnie opuszczonymi wzdłuż ciała.
„Idę do pokoju gościnnego” – powiedział. „Jutro poszukam dla niej pomocy. Zacznę terapię. Zrobię wszystko, co trzeba”.
Część ciebie, która kochała go najbardziej, wzdrygnęła się na to.
Bo może mówił serio.
Może jutro naprawdę zadzwoni do terapeuty, specjalisty od żałoby i geriatrycznego psychiatry. Może w końcu przemebluje swoje życie, żeby nabrało kształtu przypominającego dorosłość. Może zostanie mężem w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu.
Ale zmiana zaproponowana w ramach ultimatum wciąż była receptą na dawne zaniedbania.
Zamknęłaś walizkę.
„Mam nadzieję, że to wszystko zrobisz” – powiedziałaś. „Naprawdę tak myślę. Ale nie mogę być nagrodą czekającą na ciebie po zakończeniu rekonwalescencji”.
Jego oczy napełniły się łzami.
To prawie złamało cię bardziej niż krzyk.