Kiedy otworzyłam oczy, pierwszą rzeczą, jaką zauważyłam, był brak dźwięku. Nie cisza – nieobecność. Jakby świat całkowicie zamilkł. Przez chwilę się nie ruszyłam. Nie mogłam. Moje ciało wydawało się ciężkie, oderwane, jakby należało gdzie indziej. Sufit nade mną był obcy. Nie restauracja. Nie dom. Biały. Zwykły. Kliniczny. Zamrugałam powoli, próbując poskładać w całość to, co się stało. Ostatnie wyraźne wspomnienie powróciło fragmentarycznie – ręka mojej matki, szarpnięcie, upadek. A potem nic. Lekko obróciłam głowę, krzywiąc się, gdy tępy ból rozprzestrzenił się po mojej czaszce. Pokój wyostrzył się. Szpital. Ta świadomość szybko minęła, ale nie przyniosła ukojenia. Bo coś innego wydawało się nie tak. Nie tylko lokalizacja. Atmosfera. Nie było tu pośpiechu. Żadnego poczucia niepokoju ani chaosu. Tylko cisza. Zbyt wielka cisza. Krzesło stało w kącie, puste. Taca z nietkniętą wodą stała obok łóżka. Żadnych kwiatów. Żadnych kartek. Żadnych śladów, że ktoś tam był. Podniosłam się powoli, ignorując protesty.