Nie było żadnych gorączkowych, agresywnych SMS-ów z żądaniem pieniędzy na rachunek za prąd. Nie było żadnych okrutnych, biernie agresywnych obelg na temat mojego podniebienia, moich ubrań czy mojej wartości. Była tylko ogromna, dodająca siły i absolutna nieważkość niezaprzeczalnej sprawiedliwości.
Delikatnie odłożyłem kieliszek do szampana na marmurowy stolik kawowy.
Byłem całkowicie, błogo niewzruszony faktem, że wcześniej tego ranka do mojej skrzynki pocztowej trafił żałosny, wielostronicowy, zapłakany, ręcznie napisany list od Margaret, wysłany prosto z aresztu okręgowego, z prośbą o wybaczenie i pomoc finansową dla adwokata apelacyjnego.
To był list, który natychmiast, nie czytając ani słowa, wrzuciłam nieotwarty do potężnej niszczarki do papieru w moim domowym biurze.
Rozdział 6: Toast z Bieługą
Dwa lata później.
Znów był Dzień Matki. Powietrze w Paryżu było rześkie, rześkie i wypełnione romantycznym, odurzającym zapachem kwitnącego jaśminu i świeżej ra
na starych, brukowanych uliczkach.
Nie siedziałam w napiętej, dusznej podmiejskiej restauracji naprzeciwko ludzi, którzy traktowali mnie jak jednorazowy bankomat.
Siedziałam przy najlepszym, ustronnym stoliku w rogu, w cichej, niezwykle ekskluzywnej, trzygwiazdkowej restauracji z widokiem na Sekwanę. Otaczała mnie mała, pełna energii grupa bliskich przyjaciół i współpracowników – wspaniałych, życzliwych, wspierających ludzi, którzy wnosili do mojego życia autentyczny śmiech, szacunek i radość. Byli moją prawdziwą, wybraną rodziną.
Miałam na sobie olśniewającą, szytą na miarę granatową suknię, idealnie ułożone włosy, emanujące dziką, nietykalną i głęboko spokojną pewnością siebie. Byłam zupełnie nie do poznania od wyczerpanej, przerażonej kobiety, którą byłam dwa lata wcześniej.
W trakcie rozmowy i nalewania wina do naszego stolika podszedł nienagannie ubrany kelner.
Niósł delikatną, lśniącą srebrną tacę, leżącą na kruszonym lodzie. Na środku tacy stała nieskazitelna, nieotwarta puszka najwspanialszego, najdroższego, importowanego kawioru z bieługi na świecie.