Teraz patrzyła na zamkniętą trumnę przez załzawione szkło i z bólu nie mogła oddychać. Tarasik siedział obok niej, trzymając ostrożnie w dłoni plastikowy model samolotu An-225 „Mrija”, którego farba na skrzydłach nieco już wyblakła od upływu czasu.
„Mamo, dlaczego się zatrzymaliśmy?” – zapytał cicho chłopiec, patrząc na policyjne światła. „Nie chcą wypuścić Romy do domu?”
Maria przełknęła łzy i ledwo dostrzegalnie skinęła głową, głaszcząc syna po głowie:
„Wszystko w porządku, synku. Twój młodszy brat… wraca do domu. Do zobaczenia wkrótce”.
Myśli Jarosława powędrowały daleko na wschód, tam, gdzie niebo wydawało się tak niskie i gwiaździste, że można było dosięgnąć go ręką. Przed jego oczami pojawiła się zimna noc w rozpadającym się domu gdzieś na przedmieściach Doniecka. Roma leżał na śpiworze, z ciężkim hełmem zsuniętym na tył głowy, i rozmawiał cicho o domu, a w powietrzu unosił się zapach prochu i podgrzewanej konserwy.
— Czy nigdy nie myślałeś, co nas tam czeka, Jarik? — zapytał Roman, niezwykle cicho. — No, to znaczy, kiedy to wszystko się skończy. Co będzie potem?
Jarosław wzruszył ramionami, pozwalając, by pragmatyczny rozsądek wziął górę nad emocjami:
— Staram się o tym nie myśleć. Łatwiej mi skupić się na tym, co trzeba teraz zrobić.
Roman uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach błysnął ten sam niegasnący blask:
— A ty jesteś moim osobistym kompasem, bracie. Zawsze pędzę naprzód, a ty dbasz o to, żebyśmy nie zboczyli z drogi i podążali we właściwym kierunku.
To właśnie tej nocy Roman zmusił go do złożenia obietnicy, jakby coś zapowiadając. Spoważniał, usiadł na śpiworze i spojrzał przyjacielowi prosto w oczy:
— Jeśli coś mi się stanie, Jarik, i nie wrócę do swoich… Obiecaj, że odwieziesz mnie godnie do domu. Tylko głównymi drogami, z honorami, z flagą. Nie pozwól im mnie wywieźć bocznymi drogami, jakbym był nikim. Obiecujesz?
Trzy tygodnie temu ta straszna obietnica stała się rzeczywistością, gdy ich grupa wpadła w zasadzkę. Roman zareagował pierwszy: zepchnął towarzyszy do bezpiecznego schronienia, przyjmując śmiertelny cios eksplozji. Wiadomość o stracie uderzyła Jarosława, jakby powietrze uleciało mu z płuc.
Długo stał sam w pustych koszarach, ściskając w dłoniach ich wspólne zdjęcie, na którym stali w objęciach – brudni, zmęczeni, ale szczęśliwi. A teraz, na zimnej szosie, Jarosław czuł, jak ta obietnica pali go w piersi niczym rozżarzone węgle i wiedział na pewno, że nie zdradzi Romy.
Radio Larisy znów zatrzeszczało, przerywając jego wspomnienia, a głos jej dowódcy stał się jeszcze bardziej szorstki, bliski załamania:
— Bojko! Czemu tam utknęliście? Czekam na raport z odblokowania szosy!
Rzuciła nerwowe spojrzenie na Jarosława, potem na czarny karawan i zacisnęła usta.
— Rozwiążę tę sprawę, majorze — odpowiedziała napiętym tonem, starając się zachować profesjonalizm.
Jednak jej wzrok znów zatrzymał się na niebiesko-żółtej fladze okrywającej trumnę. Przez chwilę w jej pamięci pojawiła się twarz starszego brata, Saszy, który zgłosił się na ochotnika w 2014 roku i wrócił do domu zupełnie innym człowiekiem. Te niekończące się wizyty w szpitalu, nagłe wybuchy gniewu i nocne koszmary — Larissa zacisnęła zęby i zmusiła się do odepchnięcia tych myśli.
Była teraz na służbie, a jej obowiązkiem było utrzymanie porządku. Tymczasem na skrzyżowaniu zaczął gromadzić się tłum: kierowcy i pasażerowie, zwabieni migającymi światłami policji i kolumną wojskową, wysiadali z samochodów.
Wśród nich był Grigorij, siwowłosy weteran z głębokimi zmarszczkami, który wspierał się na drewnianej lasce. Na jego kurtce widniał stary, wyblakły szewron jednej z brygad bojowych.
„To chłopaki z Brygady Prezydenckiej, Gwardia Honorowa” – powiedział cicho do Salomei, dziewczyny w firmowym fartuchu z przydrożnej knajpki. „Oni nie zakładają mundurów ot tak. To coś bardzo poważnego”.
Salomei, która właśnie miała nakręcić film, powoli opuściła telefon, a w jej oczach pojawiło się zrozumienie i smutek.
— Dlaczego ich nie przepuszczają? — zapytała szeptem.
Grigorij zachichotał, mocniej ściskając laskę, a jego głos zabrzmiał ochryple, ale z wielkim szacunkiem:
— Ci chłopaki żegnają Bohaterów. Mają swoje prawa i tradycje honoru, więc nigdy nie zbaczają z prostej drogi.
Mykoła, krzepki kierowca ciężarówki, włączył się do rozmowy, poprawiając czapkę i marszcząc krzaczaste brwi:
— To pogrzeb wojskowy, czyż nie? Choinki i patyki, ale jak można zatrzymać takich ludzi na drodze?
Jarosław stał jak niewzruszony kamień przy karawanie.
— Poruczniku, ta eskorta została zatwierdzona i odbywa się zgodnie z protokołem wojskowym — powiedział spokojnie i chłodno. — Przejedziemy przez to skrzyżowanie i pojedziemy dalej do Kijowa.
Larisa wzięła głęboki oddech, starając się nie wybuchnąć krzykiem:
— Nie obchodzi mnie, kto to zatwierdził, sierżancie! Dwa kilometry stąd mam straszny wypadek, ludzie potrzebują pomocy, a pan blokuje drogę ratownikom. Proszę zawrócić na obwodnicę, bo wezwę posiłki!
Oczy Jarosława zwęziły się, ale wyrażały jedynie niezachwianą determinację:
— Ten facet uratował życie wielu ludziom, w tym mnie. Nie będę go brała za kryjówkę po kątach dla wygody ruchu.
Dłoń Larisy zamarła nad radiem, bo coś w nim pękło. Flaga, trumna, bolesny wzrok Jarosława – wszystko to przypomniało jej słowa brata o braterstwie wojskowym i o tym, że nie wolno porzucać własnego.