CZĘŚĆ 1
Marcel, lat 60, z plecami zgiętymi po dziesięcioleciach morderczej pracy w oblodzonych tartakach Górnej Sabaudii, szedł samotnie stromą ścieżką prowadzącą do jego starego górskiego schroniska. Jego zrogowaciałe dłonie drżały nie tylko z powodu przenikliwego zimna tej surowej francuskiej zimy, ale przede wszystkim z powodu absolutnej samotności, która dręczyła go od środka niczym nieuleczalna choroba. Pięć lat wcześniej pochował żonę, Émilie. Para nigdy nie miała okazji mieć dzieci. Teraz Marcel żył w całkowitym odosobnieniu na skraju lasu, ignorowany i zapomniany przez mieszkańców wioski poniżej.
Tego wieczoru, gdy zmierzch pochłaniał góry, wracał z targu z prawie pustą płócienną torbą. Nagle cichy jęk przerwał lodowatą ciszę jodeł. Marcel natychmiast zamarł. Dźwięk był nie do pomylenia, przeszywający zimowy wiatr. „Boże, co to takiego?” – mruknął, jego oczy błądziły po złowrogich cieniach drzew. Podążał za krzykami, aż odkrył, na wpół przykryty świeżym śniegiem pod wiekowym dębem, mały, porzucony wiklinowy koszyk. W środku, żałośnie owinięty w brudne, wilgotne pieluszki, noworodek wypłakiwał się wniebogłosy.