„Zatrzymaj samochód natychmiast, Édouard! Hamuj, natychmiast!”
Przenikliwy krzyk Vanessy Montclair niczym zardzewiałe ostrze przeciął ciszę opancerzonego SUV-a. Édouard Delcourt instynktownie nacisnął hamulec. Opony zapiszczały na spękanym asfalcie, wzbijając tumany kurzu wokół czarnego pojazdu.
„Spójrz tam” – powiedziała Vanessa z pogardą, pochylając się nad deską rozdzielczą. „To ta nieszczęsna… twoja była żona”.
Édouard odwrócił głowę w stronę pobocza.
I świat się zatrzymał.
Kilka metrów dalej, w ostrym słońcu bocznej drogi zagubionej na równinach regionu Beauce, stała Hélène.
Nie była już tą promienną kobietą, którą kochał. Nie była już elegancką żoną, która przechadzała się pod rękę po salonach ze szkła, marmuru i żyrandoli. Kobieta przed nim przypominała żywy portret zniszczonego życia: znoszone ubrania, sandały, które miały się zaraz rozpaść, pospiesznie związane brązowe włosy, opalona skóra i głębokie, pradawne zmęczenie wyryte na twarzy.
Ale było jeszcze gorzej.
Coś, co sprawiło, że dłonie Édouarda zadrżały na kierownicy.
Hélène trzymała na rękach dwójkę niemowląt, ciasno owiniętych w płócienne chusty. Bliźniaki. Noworodki, a raczej prawie noworodki. Spały, dusząc się w upale, w małych, dzierganych czapeczkach i ubraniach, które wyglądały jak z drugiej ręki. Jednak nawet z tej odległości Édouard zobaczył coś, co przeszyło go niczym błyskawica:
Byli blondynami.
Mieli jego krew.
U stóp Hélène, w kurzu, leżała plastikowa torba do połowy wypełniona wgniecionymi puszkami i pustymi butelkami. Jego była żona – kobieta, której przysiągł wieczną miłość – przetrwała dzięki zbieraniu surowców wtórnych, by wyżywić dwójkę dzieci, o których istnieniu nie wiedział.
„Spójrz na siebie, Hélène Duval” – zadrwiła Vanessa, niemal otwierając okno. „Grzebiesz w śmieciach… dokładnie tam, gdzie twoje miejsce. Co ty tu robisz? Czekasz, aż się nad tobą zlitujemy?”
Hélène nie odpowiedziała. Nawet nie spojrzała na Vanessę. Po prostu spojrzała Édouardowi w oczy z tak głębokim smutkiem, że aż ścisnęło mu to pierś.
„Idź dalej, Édouardzie” – kontynuowała Vanessa jadowitym tonem. „Nie pozwól, by to nieszczęście się do nas zbliżyło. A te dzieci… muszą pochodzić od któregoś z twoich kochanków, prawda, Hélène?”
Słowo „kochankowie” przywołało wspomnienie.