Rok wcześniej.
Ogromna marmurowa sala rezydencji Delcourtów w Neuilly-sur-Seine.
Dokumenty rozrzucone na szklanym stoliku kawowym: przelewy bankowe na kwotę kilkuset tysięcy euro rzekomo dokonane przez Hélène. Rozmazane zdjęcia jej wejścia do hotelu z mężczyzną. I ostateczny cios: diamentowy naszyjnik matki Édouarda, który zniknął z sejfu, a następnie został znaleziony – na sugestię Vanessy – wśród sukienek żony.
Wciąż pamiętał twarz Hélène.
Na kolanach.
We łzach.
„To nie ja, Édouard. Vanessa mnie nienawidzi. Kłamie. Proszę… posłuchaj mnie… Ja…”
Ale nie pozwolił jej dokończyć.
Oślepiony wściekłością, dumą i upokorzeniem, odwrócił się na pięcie.
„Wynieście ją z mojego domu” – rozkazał ochroniarzom. I dopilnujcie, żeby wyszła bez grosza.
Nigdy nie wiedział, co próbowała mu powiedzieć tamtej nocy.
Nigdy nie dał jej szansy.
Odległy klakson samochodu przywrócił go do rzeczywistości. Vanessa wyciągnęła z torebki zmięty banknot dwudziestoeuro, zgniotła go w kulkę i wyrzuciła przez okno.
„Masz, żebraku. Kup mleko… albo cokolwiek chcesz”.
Notatka wylądowała w kurzu obok sandałów Hélène. Na chwilę spuściła wzrok. Potem spojrzała na Édouarda. W jej oczach nie było nienawiści.
Tylko druzgocące współczucie.
Ochroniła główki dzieci przed kurzem, podniosła torbę na śmieci i szła dalej, nie mówiąc ani słowa.
Coś szarpnęło Édouardowi w piersi.
Chciał otworzyć drzwi samochodu. Pobiec do niej. Uklęknąć na tej suchej ziemi i błagać ją o wybaczenie za wszystko.
Ale Vanessa wciąż gadała – histerycznie, zadufanie, toksycznie.