Alejandro przełknął ślinę.
„Lokalni dostawcy.
To było normalne”.
„Nie” – odpowiedział Esteban.
„Normą jest inny adres, realna usługa i faktury odpowiadające istniejącym dostawom.
W tym przypadku wszystkie trzy firmy wskazują na ten sam adres podatkowy.
A jedna z nich jest powiązana z siostrą Teresy”.
Zapadła ciężka cisza.
Teresa zbladła, ale szybko założyła maskę.
„To niedorzeczne.
Zmyślasz to, bo mnie nienawidzisz”.
Mariana przesunęła kartkę papieru po stole.
„Oto przelewy.
Oto zatwierdzenia.
Oto zamówienia.
A oto połączenia z konta Alejandro”.
Alejandro w końcu usiadł, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
Spojrzałem na liczby.
Nie zwykła płatność.
Nie pomyłka.
Wzór.
Wystarczająco małe kwoty, by nie przyciągać uwagi, ale regularne, precyzyjne, sprytnie rozdzielone.
Dziewiętnaście miesięcy.
Przez dziewiętnaście miesięcy pieniądze z mojej firmy płynęły do firm-słupów powiązanych z rodziną Teresy.
„Ile?” zapytałem.
Esteban wziął głęboki oddech.