Sophie odpowiedziała po prostu: „Rozsądni ludzie nie boją się śladów”.
Teraz, o 3:47 nad ranem, w ostrym świetle pokoju, ślady były chyba jedyną rzeczą, jaka jej pozostała.
Françoise zapaliła światło.
Uderzający widok bieli sprawił, że zamrugała.
Torba porodowa stała przy drzwiach, na wpół zamknięta, z dokumentacją medyczną w zewnętrznej kieszeni, zapasową koszulą nocną złożoną na wierzchu i małymi czapeczkami dla noworodków schowanymi w torbie.
Camille to widziała.
Nie mogła do niej dosięgnąć, nie mijając Françoise.
„Daj mi kluczyki” – powiedziała.
„Nie”.
Słowo zabrzmiało ostro.
To nie był macierzyński ton.
Nic zmartwionego.
Nic zdezorientowanego.
Za Françoise pojawiła się większa postać.
Michel był w kraciastym szlafroku, z założonymi rękami i szeroko otwartymi oczami.
Miał rozczochrane włosy, ale nie wyglądał na człowieka przyłapanego na śnie.
Dochodził od niego zapach kawy.
Camille zdała sobie sprawę, że nie obudziły ich jej jęki.
Czekali.
„Powinnaś wracać do łóżka” – powiedział Michel.
„Przepuść mnie”.
Françoise zabrzęczała kluczami raz.
„Zatrzymam je na razie”.
Camille poczuła, jak narasta kolejny skurcz, powolny i brutalny, niczym dłoń zamykająca się w jej wnętrzu.
Chwyciła komodę.
Drewno było zimne pod jej palcami, a plecy wilgotne pod koszulą nocną.
Oddychała tak, jak nauczył ją doktor Martin.
Wdech.
Zablokuj.
Oddychaj.
Nie walcz z falą, po prostu ją poprowadź.
Françoise patrzyła na nią z niemal samozadowoloną delikatnością.
To spojrzenie przeraziło Camille bardziej niż skradzione klucze.
Nie mówiło: Pomogę ci.
Mówiło: Teraz zrobisz to, co postanowiłam.
Camille sięgnęła po telefon, który wciąż był w połowie schowany pod klapką.
Odblokowała go jednym dotknięciem.
Ekran rozpoznał jej odcisk palca.
Skrót znajdował się w prawym dolnym rogu, dokładnie tam, gdzie pokazała jej go Sophie.
Jedno dotknięcie.
Tylko jedno.
Pojawiła się czerwona ikona.
Zapisz.
Françoise przechyliła głowę.
„Po co ci telefon?”
„Do mierzenia skurczów”.
„Nie potrzebujesz aplikacji, żeby wiedzieć, kiedy rodzą się dzieci”.
Camille nie odpowiedziała.
W ostatnich tygodniach nauczyła się, że każde zdanie, które wypowiadała do Françoise, stawało się taktyką.
Nie wygrasz z kimś, kto zamienia twoją ostrożność w słabość, a strach w dowód.
Kolejny skurcz zgiął ją wpół.