Trzy lata znoszenia bicia i maltretowania, aż w drzwiach pojawił się człowiek z gór…
Tej nocy, gdy śnieg otworzył drzwi.
Krew plamiła wypolerowane dębowe deski podłogowe, mieszając się ze śniegiem, który wsiąkał pod drzwi. Na zewnątrz Sierra de Durango szalała w zamieci. Wewnątrz Ana Belén Robles leżała przy stole w jadalni, z podartą sukienką, z ręką na żebrach, z oczami utkwionymi w suficie, zastanawiając się, czy tej nocy Bóg w końcu pozwoli jej odpocząć.
Mieszkańcy San Mateo del Pinar słyszeli jego krzyki przez trzy lata.
I przez trzy lata nikt nic nie zrobił.
Wszyscy wiedzieli, co działo się w domu Don Evaristo Roblesa. Wiedzieli o tym sąsiedzi, ci, którzy spuszczali wzrok, gdy Ana Belén przychodziła na mszę z zakrytą szyją. Wiedziała o tym krawcowa, ta, która udawała, że wierzy w jej opowieści o upadkach. Wiedział o tym ksiądz, wiedział farmaceuta i wiedział komisarz policji, bo kiedyś, dwa lata wcześniej, Ana Belén uciekła boso do jego biura, z posiniaczonymi plecami i rozciętą buzią.
Komisarz podał jej kawę, przykrył ją serape i zabrał z powrotem.
„To pani mąż, proszę pani” – powiedział, nie patrząc na nią. „Lepiej postaraj się go nie denerwować”.
Evaristo Robles był właścicielem tartaku, banku i połowy tartaku. Jeśli ktoś potrzebował kredytu na sadzenie, zwracał się do niego. Jeśli ktoś chciał sprzedać drewno, zwracał się do niego. Jeśli rodzina nie chciała głodować zimą, uczyła się dbać o swoje sprawy.
Ana Belén miała dwadzieścia trzy lata. Jej ojciec oddał ją Evaristo, aby uregulować długi hazardowe, maskując to kwiatami, mszą i bankietem. W dniu ślubu Evaristo sprawiał wrażenie dżentelmena: czarny garnitur, złoty zegarek, zadbany wąs i łagodne słowa. Ale potwory rzadko szczerzą zęby publicznie.
Pierwszy raz ją uderzył, bo łyżka była nie na swoim miejscu.
Potem nadeszło parcie, zamknięcie, groźby, niekończące się noce, podczas których Ana Belén nauczyła się oddychać powoli, żeby żebra nie bolały jej tak bardzo. Nauczyła się chodzić bezszelestnie. Nauczyła się patrzeć w podłogę. Nauczyła się znikać.
Tej nocy Evaristo wrócił wściekły ze spotkania z biznesmenami z Durango. Linia kolejowa nie miała przebiegać przez San Mateo, ale przez sąsiednią dolinę. To oznaczało straty. Dla niego każda strata wymagała kogoś, na kogo można było zwalić winę, a ona zawsze kończyła się na niej.
„Jesteś do niczego” – warknął, ciągnąc ją za ramię. „Nie mogłabyś mi nawet dać dzieci”.
Ana Belén nie odpowiedziała. Nie miała już sił, by się bronić. Kiedy rzucił nią o stół, lampa spadła, a dom został ledwo oświetlony ogniem w kominku. Wiatr trząsł oknami. Śnieg piętrzył się pod drzwiami wejściowymi.
Evaristo otworzył drzwi.
„Chcesz płakać jak zwierzę” – powiedział. „To śpij na dworze jak zwierzę”.
Złapał ją za włosy i wyciągnął na ganek, zostawiając, żeby zamarzła na śmierć.
Zanim jednak zdążyła je pchnąć, drzwi eksplodowały do środka.
Drewno pękło z brutalnym trzaskiem. Burza nadciągnęła niczym biała bestia, gasząc przewróconą lampę. W drzwiach pojawił się olbrzymi mężczyzna, okryty niedźwiedzią skórą, z brodą grubą od śniegu i oczami ciemnymi jak górska noc.
To był Nicolás Mendoza.
W górach nazywali go Niedźwiedziem.