Pocałowałam ją we włosy.
„Żeby nikt nie udawał, że głód jest niewidzialny”.
Zastanowiła się nad tym.
Potem wzięła długopis z mojej ręki i dopisała swój wiersz dużymi, krzywymi literami:
LALKA DLA DZIECKA.
Śmiałam się, aż oczy znów mi się zaszkliły.
Na zewnątrz, z odległego meczetu, wznosił się wieczorny azan. Gdzieś w oddali odezwały się dzwony świątynne. Szybkowary gwizdały po całym budynku. Rodziny zasiadały do kolacji. Niektóre z nich miały jej za dużo. Inne za mało.
A w mojej małej kuchni, gdzie kiedyś płakałam nad zdradą, w końcu zrozumiałam, co dał mi ten dzień.
Nie zemstę.
Nie sławę.
Nawet nie sprawiedliwość, taką, jaką ludzie ją sobie wyobrażają.
Nadał mi kierunek.
Moje ręce nadal będą pachnieć cebulą.
Moje bawełniane kurty nadal będą plamić kurkumą.