Trzy tygodnie później, przed wschodem słońca, zadzwonił pierwszy telefon.
Zagniatałam ciasto, na wpół śpiąc, a moja córka siedziała na blacie i podkradała szczypty mąki, jakby to był cukier. Sameer pakował lunch, a teściowa gotowała mleko na herbatę.
Zawibrował mój telefon.
Siostra Meera.
„Ananya beta” – zapytała – „znasz kogoś, kto potrafi zrobić miękkie khichdi dla dwudziestu osób?”
Spojrzałam na ciasto na dłoniach.
„Na kiedy?”
Zapadła cisza.