Nisha stała przy bramie, dopóki siostra Meera do niej nie podeszła.
Nie słyszałam pierwszych kilku słów.
Potem Nisha skrzyżowała ręce.
Siostra Meera odwróciła się i spojrzała na mnie.
Cała sala patrzyła na mnie.
Nienawidziłam tego.
Nie prosiłam o to, by zostać sędzią czyjejś skruchy.
Nisha weszła powoli, ze spuszczonym wzrokiem.
Po raz pierwszy odkąd ją poznałam, nie weszła do pokoju, oczekując, że zostanie tam powitana.
Zatrzymała się kilka kroków ode mnie.
„Ananya” – powiedziała.
Podawałam khichdi na dziecięcy talerz.
„Jedzenie stygnie” – odpowiedziałam. „Powiedz, co przyszłaś powiedzieć”.
Jej usta drżały.
„Przyniosłam owoce. I ubranka dla dzieci. Siostra powiedziała, że przyjmują tylko to, co potrzebne, więc zadzwoniłam pierwsza”.
To mnie zaskoczyło.
Trochę.
Niewystarczająco.
„Dobrze”.
Przełknęła ślinę.
„Przyniosłam też pieniądze na zakupy”.
Spojrzałam na nią wtedy.
Dawna Nisha oczekiwałaby wdzięczności, zanim jeszcze koperta opuściła jej torbę.
Ta Nisha po prostu podała ją siostrze Meerze.
Siostra wzięła ją, przeliczyła przy wszystkich, napisała pokwitowanie i oddała.
Nisha przyjęła pokwitowanie obiema rękami.
Potem odwróciła się do mnie.
„Przepraszam”.
W pokoju zapadła cisza.