Wszedłem po szerokich wapiennych schodach, otoczony dwoma wysokimi, ponurymi szeryfami stanu w kamizelkach taktycznych nałożonych na koszule.
Ciężkie dębowe drzwi wejściowe były zamknięte na klucz. Skinąłem głową do szeryfa po mojej prawej stronie. Nie zawracał sobie głowy klamką; Uniósł ciężki, stalowy taran i kopniakiem otworzył drzwi z hukiem, który natychmiast uciszył kwartet smyczkowy.
Muzyka ucichła. Brzęk kryształów ucichł. Dwustu najbogatszych obywateli Wirginii odwróciło się, by wpatrywać się w oszołomienie.
Korek odskoczył od zabytkowej butelki Dom Pérignon gdzieś w głębi, a dźwięk rozbrzmiał echem niczym wystrzał z pistoletu w martwej ciszy.
Vanessa stała przy rozległych spiralnych schodach, śmiejąc się w głos, prezentując żonie senatora stanowego swoje nieskazitelne, nieskazitelne, designerskie szpilki. Derek stał przy kominku, trzymając kieliszek szkockiej.
Wszedłem do wielkiego holu. Miałem na sobie długi, dopasowany, czarny, wełniany płaszcz, który opadał mi na ramiona, idealnie odzwierciedlając sylwetkę moich dawnych tog sędziowskich.
„Świętuj szybko, Vanesso” – mój głos przeciął zastałe, przerażone powietrze niczym ząbkowane ostrze.
Derek zrobił krok naprzód, jego szkocka rozlała się po krawędzi kieliszka, a twarz odpłynęła mu z oczu. „Mamo? Co ty, do cholery, robisz? Kim są ci ludzie?”
Spojrzałam na niego lodowato, z całkowitą obojętnością. „Wykonuję swoją pracę. Właśnie wręczyłam prokuratorowi generalnemu dowody pańskiego oszustwa hipotecznego, sfałszowane podpisy środowiskowe i sfałszowane dokumenty podatkowe”.