Przeczytałam wiadomość jeszcze raz.
Potem drugi raz. Ręka mi nie drżała, kiedy zadzwoniłam do mojego prywatnego doradcy.
Pięć minut później znałam nazwę firmy-słupka, adres nieruchomości i imię faktycznego beneficjenta.
Chloé Mercier.
Dwadzieścia sześć lat.
Konsultantka w ekskluzywnym salonie wnętrzarskim w 8. dzielnicy.
Ta sama kobieta, którą mój mąż, Julien Armand, przedstawił mi sześć miesięcy wcześniej ze spokojnym uśmiechem.
„Partnerka do pewnych projektów wnętrzarskich. Nic więcej”.
Nic więcej.
Poza tym, że właśnie kupił jej willę w Saint-Cloud za pieniądze z naszego wspólnego konta.
Nie jego pieniądze.
Nasze.
Nasze pieniądze ze ślubu.
Pieniądze, które zostawiłam do dyspozycji, bo przez osiem lat byłam na tyle naiwna, by wierzyć, że zaufanie jest dowodem miłości.
Odłożyłam telefon.
Moja asystentka obserwowała mnie przez szklane drzwi.
„Pani Armand? Wszystko w porządku?” Spojrzałam na nią.