„Doskonale. Wezwijcie prawników”. I podpisałam umowę, jakby mój świat właśnie się nie zawalił.
Przez kolejne trzy dni żyłam normalnie.
Wróciłam do domu punktualnie.
Zjadłam kolację z naszym synem, Louisem, słuchając jego opowieści o szkolnym meczu piłki nożnej.
Zapytałam Juliena, jak minął mu dzień.
Nalałam mu nawet kieliszek bordeaux, podczas gdy kłamał ze swobodą człowieka, który uważa, że jest kochany bardziej, niż na to zasługuje.
Nie wiedział, że już wszystko wiem.
Wyciągi bankowe.
Dokumenty wstępne.
Zdjęcia z jego wejścia do domu.
Faktury za meble.
Dostawy w imieniu Chloé.
Nawet wiadomości, w których pisał do niej: „Wkrótce to będzie naprawdę nasz dom”. „W domu”.
Te dwa słowa zmroziły mnie bardziej niż sama zdrada.
Nazywam się Claire Morel.
I wbrew temu, w co zawsze wierzyła rodzina Armandów, nigdy nie potrzebowałam Juliena do życia.
Wręcz przeciwnie.
Dom rodzinny w 16. dzielnicy jest mój.
Inwestycje, które uratowały firmę mojego ojczyma, pochodziły z moich funduszy.
Firma Juliena przetrwała tylko dlatego, że pewnego wieczoru podpisałam przelew – przelew, który do dziś nazywa swoją „strategiczną transformacją”.
Ale nigdy nikogo nie poprawiałam.
Nie, gdy moja macocha, Élisabeth, przedstawiła mnie jako „dyskretną kobietę, niezbyt ambitną, ale bardzo porządną”.
Nie, gdy mój ojczym, Gérard, powiedział przy stole, że Julien miał szczęście, że ożenił się z kimś, kim łatwo zarządzać.
Nie, gdy Julien uśmiechnął się z dumą, zamiast mnie bronić.
Pozwoliłam im mówić.