Pchnęłam drzwi.
“Mamo!”
Nie zawołałam “pani Nino”.
Nie “teściowo”.
Tylko tak, jakby to słowo czekało we mnie od dawna.
Wpadłam do pokoju i zobaczyłam ją na dywanie. Leżała na boku, jedną rękę miała przyciśniętą do piersi, drugą wyciągniętą w stronę stołu. Usta łapały powietrze, twarz robiła się szara.
Paweł stał przy kredensie. Wyrzucał na podłogę obrusy, stare serwetki, pudełko po herbacie, jakieś zdjęcia, książeczkę zdrowia, wszystko, co wpadło mu w ręce.
Kiedy mnie zobaczył, nie przeraził się.
Nie zawstydził.
Tylko skrzywił się z irytacją.
“O, ty też tutaj? Czego przylazłaś? Przecież urodziny są jutro.”
W tamtej chwili nie byłam żoną.
Byłam lekarką.
Padłam na kolana przy pani Ninie, sprawdziłam puls, oddech, ułożyłam ją ostrożniej.
“Dzwoń po pogotowie! Natychmiast!”
Paweł wsunął do kieszeni zwinięty plik pieniędzy spięty gumką.
“Sama dzwoń. I bez policji. To sprawa rodzinna.”
Spojrzałam na niego.
On naprawdę to powiedział.
Jego matka leżała na podłodze, siniała na moich oczach, a on mówił o sprawie rodzinnej.
“Telefon!” — krzyknęłam.
“Nie wydzieraj się.”
I wtedy zrobił coś, czego nie zapomnę do końca życia.
Przeszedł nad własną matką.
Nie obszedł jej.
Nie pochylił się.
Nie zapytał, czy oddycha.
Przeszedł nad nią, jak nad workiem z ubraniami.
Wyszedł i trzasnął drzwiami.
Pogotowie przyjechało szybko, choć mnie każda minuta wydawała się godziną. Sąsiedzi stali na korytarzu, ktoś podnosił moje torby z tortem, ktoś pytał, co się stało, ktoś szeptał: “To ten jej syn?”.
Ja odpowiadałam automatycznie.
Tętno.
Ból w klatce.
Duszność.
Podejrzenie ostrego zespołu wieńcowego.
Na SOR-ze kolega z dyżuru, Bartek, zagrodził mi drogę.
“Ola, stop. Ty tu nie jesteś lekarzem. Jesteś rodziną.”
“Znam jej historię choroby, ja mogę…”
“Nie. Usiądź. My się nią zajmiemy.”
Usiadłam na plastikowym krześle i dopiero wtedy zobaczyłam swoje dłonie. Były lepkie od kremu z tortu, brudne od poręczy, drżące tak mocno, że nie mogłam utrzymać telefonu.
Nie płakałam.
Jeszcze nie.
W mojej głowie było tylko jedno zdanie:
mój mąż zostawił własną matkę na podłodze.
Wieczorem Bartek wyszedł z oddziału zmęczony, z oczami czerwonymi od dyżuru.
“Ustabilizowaliśmy ją. Stan ciężki, ale jest przytomna. Potrzebuje spokoju. Zero stresu, rozumiesz?”
Skinęłam głową.
Rozumiałam.
Tylko nie wiedziałam, jak powiedzieć starszej kobiecie po zawale, że jej własny syn nie zadzwonił ani razu.
Do domu nie wróciłam.
Pojechałam z powrotem do bloku pani Niny. Musiałam zabrać jej rzeczy do szpitala: koszulę, kapcie, kubek, leki, dokumenty. Na klatce pachniało wilgocią, kapustą i starym betonem. Na schodach nadal stały moje torby. Tort był przechylony, pudełko z filiżanką pęknięte.
W skrzynce pocztowej pani Niny tkwiła biała koperta.
Bez znaczka.
Bez adresu.
Wyjęłam ją odruchowo.
W środku było zdjęcie.
Paweł siedział w restauracji, tej samej, do której zabierał mnie tylko na rocznicę ślubu, kiedy chciał pokazać, że “potrafi się postarać”. Naprzeciwko niego siedziała blondynka w czerwonej, obcisłej sukience. Paweł trzymał jej dłoń i całował palce. Na stole stało drogie wino, owoce morza, świece.
Data na zdjęciu: poprzedni wieczór.
Delegacja.
Pilne spotkanie.
Słaby zasięg.
Patrzyłam na fotografię i dziwnie spokojnie pomyślałam:
czyli nie długi.
Nie bandyci.
Nie żaden ratunek.
Po prostu ona.
A może nie tylko ona.
Drzwi naprzeciwko uchyliły się powoli.
“Olu” — odezwał się chrapliwy głos. “Wejdź do mnie.”
To był pan Damian, sąsiad pani Niny. Emerytowany policjant, od lat na wózku po wypadku. W bloku żartowano, że wie wszystko, bo siedzi przy oknie i widzi więcej niż monitoring osiedlowy.
U niego w mieszkaniu pachniało mocną herbatą i papierosami, choć podobno od dawna nie palił.
Postawił przede mną kubek.
“Pij. Ręce ci się trzęsą.”
Nie pytał, czy chcę. Po prostu kazał.
Wypiłam łyk.
Dopiero wtedy powiedział:
“Widziałem, jak twój orzeł wylatywał z klatki. I widziałem, kto czekał w samochodzie.”
Położyłam zdjęcie na stole.
“To ona?”
Pan Damian spojrzał i prychnął.
“Ela z trzeciej klatki. Rejestratorka z waszej przychodni, jeśli się nie mylę. Znam ten typ. Głośny śmiech, czerwone paznokcie i oczy zawsze na cudzym portfelu.”
Nagle wszystko ułożyło się w tak obrzydliwie prostą całość, że zrobiło mi się niedobrze.
Paweł nie był w delegacji.
Paweł nie potrzebował pieniędzy na żadne “zamknięcie sprawy”.
Paweł wyciągał oszczędności od matki, żeby zaimponować kobiecie, która siedziała z nim w restauracji, gdy ja kupowałam prezent na urodziny jego matki.
Wstałam.