Na sekundę wszystko pociemniało.
Potem to poczułem.
Ciepły płyn spływający po mojej nodze.
Za szybko.
Za dużo.
Spojrzałem w dół.
I zobaczyłem czerwień.
Czerwień tak żywą, tak straszną, że mój umysł początkowo nie chciał jej przyjąć do wiadomości.
Potem ogarnęła mnie panika.
„Damien!” krzyknąłem. „Pomocy! Nasze dziecko… proszę…”
Skuliłem się na podłodze, jedną ręką na brzuchu, drugą zanurzając we własnej krwi i…
Tymczasem mój mąż jadł.
Spokojnie.
Jakbym przerywała mu obiad.
Spojrzał na mnie bez strachu.
Bez pośpiechu.
Bez współczucia.
Tylko z obrzydzeniem.
„Przestań się tak teatralnie zachowywać” – warknął. „Zaplamisz mi kafelki krwią”.
Potem się roześmiał.
Krótkim, suchym śmiechem.
Pustym.
Okrutnym.
Śmiechem, który sprawił, że w całym pokoju zrobiło się zimniej.
Wyciągnęłam drżącą rękę po telefon.
Widział go.
I kopnął go pod niską szafkę.
Spojrzałam na niego.
Naprawdę spojrzałam.
Mężczyzna, którego poślubiłam.
Ojciec dziecka, które mogłam stracić.
Mężczyzna, który patrzył, jak krwawię, nie ruszając się z miejsca.
I powiedziałam to, czego żadne z nich nie było gotowe usłyszeć.
„Zadzwoń do mojego ojca”.