Damien znów wybuchnął śmiechem i podszedł.
„Twój ojciec?” powtórzył. „Dlaczego? Żeby twój mały prowincjonalny mechanik mógł przyjść do ciebie i płakać na podłodze?”
Pani Vautrin też się zaśmiała.
Wysokim głosem.
Złowrogim.
„Niech sobie marzy” – powiedziała. „Chciałabym zobaczyć, jak ten biedak przychodzi i błaga, żebyśmy jej nie wyrzucali”.
Nowa fala bólu przeszyła mnie niczym ostrze.
Całe moje ciało się napięło.
Pokój zdawał się pulsować.
Słyszałam bicie serca w uszach, metal w ustach i strach podchodzący mi do gardła.
Ale nie błagałam.
Już nie krzyczałam.
Nie traciłam ani chwili na tłumaczenie, kim jestem ludziom, którzy już dawno uznali, że jestem nikim.
Spojrzałam na męża, z rękami pokrytymi krwią, z pieczeniem w żołądku, i powtórzyłam:
„Zadzwoń do mojego ojca”.
Bo żadne z nich nie miało pojęcia, kim naprawdę był mój ojciec.
CZĘŚĆ 2
Damien wciąż się we mnie wpatruje, ale coś się zmieniło.
Krew rozlewa się między moimi udami. Płonący granit kłuje mnie w nos. Każdy nerw w moim ciele woła o pomoc, o powietrze, o coś innego niż ta lodowata płytka pod kolanami. A jednak, pośród tego horroru, mój głos stał się dziwnie spokojny.
To go niepokoi.
Nie krew.
Nie możliwość, że tracę jego dziecko.
Niepokoi go to, że już nie błagam.
„Zadzwoń do mojego ojca” – mówię ponownie.
Tym razem nie muszę podnosić głosu.
Schyla się, w końcu wyjmuje mój telefon spod szafki i odblokowuje go, podnosząc do mojej twarzy. Nienawidzę tego szczegółu, nawet pomimo bólu.
Madame Vautrin siada na krześle z niemal radosną ciekawością, jakby poobiedni show miał się w końcu zacząć.
Damien przegląda moje kontakty, znajduje tatę i przełącza na głośnik.
Słychać jeden sygnał.