Po prostu odwraca się w stronę policjantów ze spokojną twarzą człowieka, który już przezwyciężył gniew i pogodził się z konsekwencjami.
„Chcę, żeby wszystko natychmiast zamrozić” – mówi. „System monitoringu wewnętrznego jest zduplikowany na bezpiecznym serwerze. Mój prawnik i kierownik ochrony przyjdą z danymi dostępu. Zabezpieczcie miejsce zdarzenia”.
Damien mruga.
„Jesteś tylko jej ojcem” – mówi głupio.
Mój ojciec spojrzał na niego tylko raz.
Tylko raz.
A to spojrzenie jest zimniejsze niż nienawiść.
„Zawsze byłem jej ojcem” – odpowiada. „To ty byłeś zbyt arogancki, żeby zapytać, kim jeszcze jestem”.
Ratownicy medyczni przenoszą mnie na nosze.
Ruch sprawia, że mimowolnie krzyczę. Przeszywa mnie palący ból w żołądku. Chwytam się poręczy, kiedy każą mi oddychać, nie pchać, a już na pewno nie pchać. Ojciec idzie obok mnie do drzwi, nie oglądając się za siebie.
Za nami Damien nadal protestuje.
Jego matka już domaga się adwokata.
Policjanci każą im zostać na miejscu.
Na zewnątrz dziedziniec jest zalany światłem.
Karetka czeka, drzwi się otwierają. Za radiowozami zatrzymuje się czarny sedan. Wysiada dwóch mężczyzn w garniturach, opanowanych i sprawnych. Nie ochroniarze filmowi. Prywatni pracownicy ochrony. Ludzie, którzy znają się na swojej robocie i nie muszą niczego udowadniać.
Jeden z nich podaje teczkę funkcjonariuszowi.
Druga osoba mówi do słuchawki.
Potem drzwi karetki się zamykają.
W środku wszystko sprowadza się do głosów i wstrząsów.
Ktoś mówi: krwotok.
Potem: prawdopodobnie łożysko Oderwanie.
Następnie: cesarskie cięcie.
Zamykam na sekundę oczy i znów widzę warsztat mojego ojca, pewnego letniego popołudnia, kiedy powiedział mi, że silniki nigdy nie psują się nagle. Że dają ostrzeżenie. Że szepczą, zanim ryczą. I że katastrofa jest głośna tylko na końcu.
W klinice Saint-Vincent wszystko dzieje się zbyt szybko, by strach mógł się w nim zakorzenić.
Nade mną migają światła sufitowe.
Twarze pod czepkami chirurgicznymi.
Pielęgniarka pyta, w którym tygodniu ciąży jestem.