„Co to za farsa?” – pyta. „Potrzebuje lekarza, a nie jakiegoś starego mechanika z kluczem francuskim”.
Mój ojciec nawet nie odpowiada na obelgę.
Mówi tylko do mnie.
„Posłuchaj mnie uważnie, kochanie. Miej oczy szeroko otwarte. Oddychaj. Już jadę”.
Potem Damien szyderczo mówi:
„A policja też? Za kogo ty się właściwie uważasz?”
Tym razem odpowiada mu mój ojciec.
Jego głos wypełnia kuchnię autorytetem, którego nikt się tu nie spodziewał.
„Jeśli moja córka straci przez ciebie jeszcze minutę, nie musisz wiedzieć, kim jestem. Dowiesz się tego z raportu policyjnego”.
Potem połączenie się urywa.
W kuchni zapada gęsta cisza.
Pani Vautrin próbuje się opanować.
„Co za scena” – mówi, ale jej głos traci opanowanie.
Damen rzuca mój telefon na blat, bardziej nerwowo, niż chciałby to okazać. Robi krok w moją stronę, jakby wciąż wahał się, czy mnie podnieść i odzyskać kontrolę nad sytuacją.
Wtedy na końcu ulicy wyje pierwsza syrena.
Za szybko.
O wiele za szybko jak na zwykłego prowincjonalnego mechanika.
Błyskające światła rozświetlają ściany kuchni na czerwono i niebiesko. Trzaskają drzwi samochodu. Pospieszne kroki zbliżają się do schodów wejściowych z precyzją, która istnieje tylko wtedy, gdy odpowiednie osoby odebrały już odpowiednie połączenie.
Pani Vautrin zrywa się na równe nogi.
Jej krzesło upada.
Damien klnie pod nosem.
Drzwi wejściowe otwierają się bez pukania.
Najpierw weszło dwóch ratowników medycznych z SAMU (Pogotowia Ratunkowego), skupionych i szybkich, a za nimi dwóch policjantów. A za nimi był mój ojciec.
Jean Delmas.
Ciemna kurtka robocza, siwe włosy wciąż potargane od prędkości, oczy ciemniejsze niż noc.
Przez absurdalną sekundę Damienowi prawie udało się uśmiechnąć.
Bo widział go takim, jakim zawsze chciał go widzieć.
Mężczyznę w butach.
Mężczyznę, który pachniał olejem i metalem.