Złamany, ale stwardniały.
Wzywa mojego ojca.
Znowu.
I jeszcze raz.
Kiedy nagranie się kończy, nie płaczę.
Siedzę prosto, dopóki ojciec nie zamknie laptopa.
„Przyzna się” – mówi Maître Barral. „Wie, że sprawa jest czysta”.
Kiwam głową.
Nie obchodzi mnie jego strategia.
Zależy mi tylko na jednym: żeby moja córka nigdy nie dorastała z myślą, że jej matka została, bo nie było wyjścia.
Damien prosi o spotkanie ze mną przed pierwszym posiedzeniem sądu.
Mój prawnik mu to odradza.
Prokuratura nie widzi sensu.
Mój ojciec zamienia się w kamień na samą wzmiankę o tej prośbie.
A jednak przez dwie noce z rzędu ta myśl krąży mi po głowie. Nie dlatego, że za mną tęskni. Bo jakaś część mnie chce zobaczyć, co zostało z człowieka, gdy wszystkie przywileje, na których polegał, zostaną mu odebrane.
W końcu zgadzam się na bardzo krótką rozmowę, pod nadzorem, za szklaną ścianką.
Wygląda gorzej, niż sobie wyobrażałam.
Nie dlatego, że zmienił go areszt.
Bo zmienił go strach.
Damien był atrakcyjny tylko wtedy, gdy czuł, że ma kontrolę. Bez tego wydaje się szczuplejszy, twardszy, bardziej zwyczajny.
Chwyta słuchawkę niemal zbyt szybko.
„Nie chciałem, żeby zaszło tak daleko” – mówi natychmiast.
Nie mogę się powstrzymać od uśmiechu.
To zdanie.
Hymn narodowy tchórzy.