Wyciągnąłem też kamizelkę taktyczną, sprzęt do nagrywania i małą, wyciszoną broń boczną, którą trzymałem dla własnej ochrony.
„Co robisz?” zapytał Miller, patrząc, jak rozbieram się do bielizny.
„Zamierzam odegrać rolę, której ona oczekuje” – powiedziałem, wślizgując się w kostium królika. „Ale ten królik ma zęby”.
Podjechałem wynajętym samochodem na odległość trzech przecznic od domu. Przedzierałem się przez cienie podmiejskich podwórek, niczym dwumetrowa maskotka radości poruszająca się z zabójczą gracją komandosa. Znałem każdą luźną deskę na ogrodzeniu, każdy cień rzucany przez dęby.
Dotarłem do drzwi piwnicy. Sam założyłem zamek. Użyłem zapasowego klucza i wślizgnąłem się do środka. W domu pachniało lawendą i woskiem do podłóg – zapachem Isabelli. To był zapach odkażonego miejsca zbrodni.
Wspinałam się po schodach, na chwilę wsuwając pod pachę ogromną głowę królika, żeby widzieć wyraźnie. Dotarłam na podest drugiego piętra i zatrzymałam się.
Zbliżając się do drzwi Lily, usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła na dole, a potem głos Isabelli, krzyczącej w sposób, którego nigdy wcześniej nie słyszałam – dźwięk czystej, niepohamowanej paniki. „Kto tam? Wiem, że ktoś jest w domu!”
Rozdział 4: Maska Czerwonego Królika
Zamarłam pod kwiecistą tapetą na korytarzu. Nie wydałam żadnego dźwięku. Moje buty były stłumione przez pluszowe stopy garnituru. Jeśli Isabella coś usłyszała, to albo jej własna paranoja, albo znak, że nie jestem jedynym duchem w domu tej nocy.
„Mam broń!” krzyknęła z dołu schodów. „Już dzwoniłam na policję!”
Kłamie, pomyślałam. Nie zadzwoni na policję. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnie morderca, jest dom pełen gliniarzy.
Naciągnęłam głowę królika na twarz. Świat stał się wąskim polem widzenia przez siateczkowe otwory na oczy. Czułam pot spływający mi po karku. Gorąco pod kombinezonem było duszące, ale to nic w porównaniu z zimnym ogniem w piersi.
Nie cofnęłam się. Ruszyłam w stronę schodów.