— Może.
Ewa płakała na korytarzu.
— Nie waż się! To twój syn!
Zawiązałem pierwszy worek.
— Właśnie dlatego.
Daniel złapał mnie za rękę. Nie mocno. Ale tak, że poczułem: jeszcze trochę i naprawdę mnie popchnie. Nie jak dziecko. Jak dorosły facet, który wie, że matka i tak stanie po jego stronie.
— Mamo! — krzyknął. — Powiedz mu coś!
Ewa uczepiła się mojego rękawa.
— Andrzej, proszę. On przepadnie.
Daniel od razu zmienił głos. Z grubego na dziecięcy.
— Mamo, on mnie nienawidzi.
Zobaczyłem, jak Ewie zadrżały usta. To zdanie trafiło tam, gdzie on uderzał ją już od dawna.
Może powinienem był się zatrzymać. Może wyjść na 5 minut, napić się wody, pomyśleć. Ale się nie zatrzymałem.
Wyniosłem worki do przedpokoju, otworzyłem drzwi i powiedziałem:
— Albo wychodzisz dzisiaj sam, albo dzwonię po policję.
Daniel zbladł.
— Wyrzucasz mnie na ulicę?
— Tak.
Wyszedł specjalnie boso. Buty miał w worku, ale ich nie założył. Chciał, żeby Ewa widziała jego stopy na zimnych kafelkach klatki.
— Zapamiętaj to sobie — rzucił. — Jeszcze będziesz błagał, żebym wrócił.
Zamknąłem drzwi.
Ewa uderzyła mnie pięścią w pierś.
— Potwór.
Nie odpowiedziałem. Bo w tamtej chwili sam nie byłem pewien, czy ona się myli.
W kuchni został jego talerz. Ziemniaki wystygły. Obok, pod serwetką, leżał telefon Daniela. Zostawił go w całym tym przedstawieniu z bosymi nogami.
Telefon zawibrował.
Ewa rzuciła się pierwsza.
— Nie ruszaj.
— Dlaczego?
Przycisnęła telefon do siebie.
— To jego prywatna sprawa.
Telefon znowu zawibrował.
Na ekranie było: Mateusz.
„Powiedz starej, że to koniec. Szybciej da. Starego jutro dociśniemy”.
Twarz Ewy zrobiła się szara.
— Daj mi to — powiedziałem.
— Andrzej, proszę…
Nie prosiła jak matka, która broni prywatności syna. Prosiła jak człowiek, który już widział przepaść i bał się, że teraz ja też ją zobaczę.
Hasło weszło za pierwszym razem. Data urodzenia Ewy.
W wiadomościach były zakłady, długi, zdjęcia kwitów z lombardu, chwilówki online, zrzuty przelewów. Moja karta kredytowa. Jej karta. I zdania, które do dziś słyszę w nocy.
„Popłacz jej 5 minut”.
„Powiedz, że zrobisz sobie coś złego”.
„Twój ojciec jest głupi, a matka i tak łyknie”.
Spojrzałem na Ewę.
— Ile?
Usiadła na krześle.
— Nie liczyłam.
— Ile, Ewa?
Zakryła twarz rękami.
— Ponad 70 tysięcy złotych.
Spojrzałem na jej uszy. Były puste.
Złote kolczyki po jej matce zniknęły, a ja nawet tego nie zauważyłem.
Telefon znowu zawibrował.
„Jestem pod Biedronką. Jak nie masz kasy, nie podchodź. A jak stary cię wyrzucił, tym lepiej. Szybciej pękną”.
Wziąłem kurtkę.
Pod Biedronką Daniel siedział na czarnym worku, bosymi stopami na zimnym chodniku, a obok stał Mateusz i cicho śmiał mu się w twarz…
DZIĘKUJĘ, ŻE DOTRWALIŚCIE DO TEGO MIEJSCA
Ciąg dalszy nastąpi…
DALSZA CZĘŚĆ HISTORII
- BLOCK 2 — DALSZA CZĘŚĆ POD LINKIEM
— Bez pieniędzy nie jesteś mi potrzebny — powiedział Mateusz.
Nie powiedział tego głośno. Prawie leniwie. Jakby nie mówił o człowieku, tylko o pustym worku.
Daniel podniósł na niego wzrok.
— Mówiłeś, że mogę do ciebie iść.
— Różne rzeczy mówiłem.
Mateusz zobaczył mnie i od razu się wyprostował.
— Dobry wieczór, panie Andrzeju.
— Nie jestem dla ciebie żaden pan Andrzej.
Daniel zerwał się z worka. Stopy miał brudne, pięty czerwone, twarz złą i przestraszoną naraz.
— Grzebałeś w moim telefonie?
— Tak.
— To nielegalne.
— A oddać kolczyki matki do lombardu to jak się nazywa?
Mateusz cofnął się o krok.
— Ja nie mam z tym nic wspólnego.
Odwróciłem się do niego.
— Mam twoje wiadomości. O laptopie. O kartach. O tym, jak „dociśniemy starego”. Chcesz, żebym teraz zadzwonił po policję?
Spojrzał na Daniela.
— Sam sobie radź.
— Mateusz, ty serio? — głos Danielowi pękł.
— A co? Ja cię nie zmuszałem. Sam latałeś i beczałeś do mamusi.
I właśnie wtedy mój syn pierwszy raz tego wieczoru przestał grać. Nie było w nim kpiny. Nie było tej pewności siebie. Stał tam człowiek, który nagle zrozumiał, że jego też użyto.
Mateusz odszedł szybko. Prawie biegiem. Kaptur naciągnął na głowę, ramiona miał podniesione. Raz się obejrzał, tylko żeby sprawdzić, czy nie wybieram numeru na policję.
Daniel został pod Biedronką z workami i bosym wstydem.
Powinienem był powiedzieć coś mądrego. Ale miałem pustkę w głowie.
— Załóż buty — powiedziałem.
— Skarpety mam w drugim worku.
— To je znajdź.
Schylił się, zaczął grzebać w worku, szarpał ubrania ze złością. Ręce mu drżały.
— Zadowolony jesteś? — zapytał.