Galya powoli się rozłączyła, nie słuchając reszty. Odwróciła się do rodziny. Żenia zdała sobie sprawę, że zaraz wydarzy się coś, czego nigdy wcześniej nie widzieli.
„Igor przyjeżdża” – powiedziała bardzo spokojnie. „Z dziećmi. Żeby świętować urodziny. U nas. Oczywiście, gdzie indziej?”
Raisa Iwanowna uśmiechnęła się:
– O, jak cudownie! Maszeńka już taka duża! Galoczko, kupiłaś ciastko?
„Ciasto?” – zapytała ponownie Galya. „Kupiłeś ciasto?”
A potem się roześmiała. Długo, głośno, histerycznie.
— Oczywiście, że tak! Jak mogłam czegoś nie kupić! I zrobiłam prezenty! I pokroiłam sałatki! I posprzątałam mieszkanie! I…
„Galka, co ci jest?” Żenia podeszła bliżej.
„Wszystko w porządku!” – krzyknęła. „Jestem cudowna! Jestem cudowną żoną, synową, ciocią! Sprawiam wszystkim przyjemność! Wszyscy są szczęśliwi! A to, że nie pamiętam, kiedy ostatnio spokojnie popijałam herbatę albo czytałam książkę – nie ma znaczenia! Najważniejsze, żebyście wszyscy byli szczęśliwi!”
Coś znowu rozbiło się na korytarzu – tym razem był to wazon.
„Mamo, co ty tam robisz?” krzyknęła Żenia.
„Nic nie robię!” – rozległ się obrażony głos z korytarza. „Przypadkowo to złapałem!”
„To przypadek!” prychnęła Galya. „Wszystko u ciebie to przypadek! To przypadek, że remont twojej mamy tak długo trwał! To przypadek, że Igor z rodziną przyjeżdżają do nas co weekend! To przypadek, że twoja siostra przybiegła wczoraj pożyczyć pieniądze! To wszystko przypadek!”
„Ale ona to odda…” – zaczęła Żenia.
— Czy on to spłaci? Tak jak Igor spłacił te trzy tysiące pożyczone w maju? A może tak jak twoja mama płaci rachunki?
– Galya, zgodziliśmy się…
„Nie zgadzaliśmy się w niczym!” – wybuchnęła. „Ty podejmowałeś decyzje, a ja się zgadzałam! Powiedziałeś: »Mama jeszcze trochę pożyje«, a ja skinęłam głową! Powiedziałeś: »Igor to człowiek rodzinny, potrzebujemy pomocy«, a ja milczałam! A czego ja chciałam – nikogo to nie obchodziło!”
Za drzwiami zadzwonił dzwonek. Długi i natarczywy.
„Przyjechali” – oznajmiła Galya. „Twoi ukochani krewni przyjechali. No więc, Żenia? Otworzysz drzwi? Czy może najpierw powinniśmy usłyszeć, co myśli twoja żona?”
Żenia spojrzała na nią zdezorientowana. Galya stała na środku kuchni – rozczochrana, zaczerwieniona ze złości, w starej sukience, której nie zdejmowała od trzech dni. Kiedy to się stało? Kiedy jego żona stała się tą zmęczoną, zgorzkniałą kobietą?
„Ciociu Galya!” – rozległ się dziecięcy głosik zza drzwi. „To my! Otwieraj szybko!”
„Słyszysz?” uśmiechnęła się Galya. „Ciociu Galya. Oczywiście. Kto inny otworzy drzwi, nakarmi i ugości? Mamusia Raisa Iwanowna? A może tatuś Żenia?”
Dzwonek zadzwonił ponownie, tym razem niecierpliwym, słabym głosem.
„Gałoczko, kochanie” – Raisa Iwanowna zajrzała do kuchni – „może jednak otworzymy drzwi? Dzieciaki stoją na schodach…”
„Wiesz co?” Galya zwróciła się do teściowej. „Otwórz sama. Twój syn, twoje wnuki. Baw się dobrze”.
— Ale jak mogę… Bolą mnie plecy, nogi puchną…
„Co ja mam? Solidną kondycję?” – wybuchnęła Galya. „Czy jestem jakimś robotem, który ma służyć wszystkim?”
Żenia w końcu ruszył i skierował się do drzwi. Ale Galya go zatrzymała:
— Stój! Jeśli chcesz otworzyć drzwi, najpierw powiedz mi, kto będzie gotował na świątecznym stole. Kto będzie zabawiał dzieci. Kto będzie zmywał naczynia, kiedy zjedzą wszystko i zdemolują mieszkanie.
– Galka, nie zaczynaj…
„Nie zaczynaj? Kto to zaczął? Kto sprowadził całą swoją rodzinę do mojego domu i uznał, że teraz jestem im wszystkim winien?”
Za ścianą radio ucichło – Zina wyraźnie słuchała, co się dzieje.
„Mamo Galu!” – krzyknął inny głos dziecka. „Przynieśliśmy ciasto!”
„Przynieśli ciasto” – powtórzyła Galya martwym głosem. „Ciasto. Ale kto je pokroi? Kto zaparzy herbatę? Kto umyje talerze po cieście?”