Pierwsze kilka dni pokazało, że wszystkie ostrzeżenia były błędne. Geneviève gotowała, czytała bez okularów i wszystko pamiętała. Dom, choć wiekowy, był utrzymany z wojskową precyzją.
Trzeciego dnia Chloé poszła do piekarni w sąsiedniej wiosce. Gdy tylko wspomniała adres, pod którym się zatrzymała, piekarzowi krew się zagotowała.
„Mieszkasz z tą wiedźmą?” – wykrztusiła sprzedawczyni, jej twarz pobladła. – Uciekaj, moja droga! Uciekaj, zanim urodzi się twoje dziecko!
– Dlaczego? Co ona zrobiła? – Kobieta pochyliła się nad ladą, a jej głos drżał.
– Spaliła dzieci. Oto, co zrobiła.
Chloé pobiegła do domu z bijącym sercem. Znalazła Geneviève na dziedzińcu, podlewającą stare krzewy róż.
– W wiosce… opowiadali mi straszne rzeczy – wyszeptała Chloé, dysząc ciężko. – Mówią, że przez ciebie dzieci umierają.
Konewka wyślizgnęła się z rąk staruszki z metalicznym brzękiem. Jej ramiona opadły i nagle wyglądała na sto lat.
– Tak – mruknęła, a jej oczy stężały. – Pięcioro dzieci zginęło. A ja przeżyłam.
Tej nocy, około trzeciej nad ranem, rozdzierające krzyki wyrwały Chloé ze snu. Wbiegła do pokoju Geneviève. Staruszka wiła się w pościeli, zlana potem.
„Mathis, nie! Leo, zaczekaj na mnie! Wybacz mi! Błagam cię, wybacz mi!”
Próbując ją uspokoić, Chloé zauważyła zardzewiałe blaszane pudełko, na wpół ukryte pod łóżkiem. Wewnątrz znajdowały się pożółkłe wycinki z gazet i list z pieczęcią ratusza, opatrzony czerwonym markerem. W tym momencie telefon Chloé zawibrował w kieszeni. To była wiadomość od Béatrice: „Słyszałam, że zadajesz pytania. Przestań natychmiast, albo zorganizuję opiekę społeczną, żeby zabrała ci to dziecko zaraz po urodzeniu”. To, co miało się wydarzyć później, przekraczało jej pojęcie…