Dla ludzi, którzy mieszkają zbyt wysoko, by bać się jak wszyscy inni.
Ostrożnie umieścił go na tylnym siedzeniu, podczas gdy deszcz bębnił o przyciemniane szyby jak groszek.
ngs.
Potem wyciągnął z płaszcza czarną kartkę ze złotymi literami.
„Oddychaj” – powiedział. „A jeśli ten idiota znów spróbuje się do ciebie zbliżyć, zadzwoń pod ten numer”.
Kolejny jęk zaparł jej dech w piersiach.
Widzenie jej się zamgliło.
Spojrzała na kartkę.
I na sekundę serce zdawało się jej stanąć.
Złotymi literami jasno błyszczało imię:
Gabriel Delacourt.
Człowiek, który posiadał budynki, gazety, hotele, akcje bankowe i miał wystarczająco dużo wpływów, by ministrowie drżeli.
Człowiek, którego nazwisko krążyło po salach konferencyjnych, korytarzach władzy i na kolacjach miliarderów z niemal przesądną ostrożnością.
Magnat, którego bał się cały kraj.
I właśnie w tym momencie, gdy ból stał się nie do zniesienia, a Paryż zniknął za zasłoną deszczu, Valérie zrozumiała, że człowiek, który ją właśnie uratował, nie był obcy.
Był kimś o wiele groźniejszym.
I o wiele potężniejszym.
Tymczasem Alexandre Beaumont wciąż nie zdawał sobie sprawy, że kobieta, którą wyrzucił, wkrótce stanie się centrum burzy, której nie będzie już w stanie kontrolować.
CZĘŚĆ 2
Kolejny skurcz był tak gwałtowny, że świat pobielał.
Valérie chwyciła się krawędzi skórzanego siedzenia opancerzonego SUV-a, gdy deszcz bębnił o szyby. Na zewnątrz Paryż był tylko rozmazaną plamą czerwonych świateł, zatopionymi neonami i migoczącymi odbiciami na asfalcie. W środku wszystko pachniało czarną skórą, drogimi perfumami i metalicznym strachem, który narasta w ustach, gdy ciało zdaje sobie sprawę, że może się załamać.
Gabriel Delacourt siedział naprzeciwko niej, jedną ręką opierając się o ścianę, z nieruchomym wzrokiem.
„Spójrz na mnie” – powiedział. „Nie na szkło. Nie na ból. Na mnie”.
Spojrzała na niego.
Nie był przystojny w tak wyrafinowany, wyrachowany sposób jak Alexandre. Gabriel był kimś innym. Bardziej surowym. Mroczniejszy. Bardziej niebezpieczny. Ten typ człowieka, wokół którego buduje się miasta, a potem uczy się nigdy nie stawać im na drodze.
Nawet na wpół oślepiona bólem, Valérie wiedziała, że jego nazwisko należy do nagłówków gazet, do wrogich przejęć, do walk o sukcesję, do układów zawieranych za zamkniętymi drzwiami między ludźmi zbyt bogatymi, by podnosić głos.
Wizytówka, którą jej dał, utkwiła jej w dłoni.