Nie deszczu jak z pocztówki.
Gwałtownej, brutalnej ulewy, która zamieniła chodniki w strumienie i sprawiła, że całe miasto zdawało się tonąć.
Szła bez celu, płaszcz przyciśnięty do przemoczonego ciała, z zimną twarzą i ciężkimi nogami.
Mijała witryny sklepowe na Avenue Montaigne, światła restauracji serwujących dania, które kiedyś zamówiła bez namysłu, ludzi, którzy nie mieli pojęcia, że jej świat właśnie zawalił się niecałą godzinę wcześniej.
Jej konta zostały zablokowane.
Jej karty przestały działać.
Miała w portfelu tylko czterdzieści siedem euro w gotówce.
I nie miała dokąd pójść.
Wtedy żona jednego z najbogatszych mężczyzn w Paryżu wsiadła do nocnego autobusu jadącego na przedmieścia, wśród zmęczonych kobiet, milczących robotników, drżących studentów i niewidzialnych ludzi, o których świat zapomina szybciej, niż ich zauważa.
Tuż przed jedenastą, gdy autobus przejeżdżał obok mostu Neuilly, Valérie poczuła ostry ból w podbrzuszu.
Zgięła się wpół.
„Nie… proszę… nie teraz…”
Panika ogarnęła ją nagle.
Za szybko.
Jej ręce powędrowały do brzucha.
Ból powrócił, silniejszy, głębszy, niczym zaciskające się w niej imadło.
Pasażerowie wokół niej zamarli.
Niektórzy spojrzeli na nią.
Nikt nie wiedział, co robić.
Wtedy mężczyzna siedzący dwa rzędy za nią wstał.
Miał taką twarz, której się nie zapomina.
Surową, zamkniętą w sobie, wyrzeźbioną z czegoś bardziej sztywnego niż elegancja.
Nie wypolerowane piękno magazynów, nie.
Obecność.
Chłodny autorytet.
Taki mężczyzna, któremu słucha się, zanim się na to zdecyduje.
„Kierowca nie zatrzyma się na czas” – powiedział głębokim głosem. „Chodź.”
Zanim zdążyła zaprotestować, wziął ją w ramiona, jakby nic nie ważyła.
Szybkim ruchem otworzył zablokowane tylne drzwi autobusu i wysiadł z nią w deszczu.
Wtedy go zobaczyła.
Czarny samochód pancerny jechał za autobusem przez kilka przecznic.
Nie byle jaki sedan.
Maszyna zaprojektowana z myślą o mocy.
Dla bezpieczeństwa.